poniedziałek, 2 grudnia 2013

Podwórkowe tematy

Czy dzieci wychodzą teraz na podwórka? Czy grają w dwa ognie? Podchody?
Od czasów mojego dzieciństwa sporo się zmieniło jak mi się wydaje. Na podwórkach widzę częściej tabliczki o treści "Zakaz gdy w piłkę", niż dzieci bawiące się w cokolwiek.
Czy teraz dziewczynki grają w gumę?
Nie widziałam też od bardzo dawna żeby na uliczce biegnąc przez podwórko był wyrysowany tor na którym się ścigały kapsle z flagami państw.

niedziela, 24 listopada 2013

Oferta

Znowu się wmieszałam w nieswoje sprawy. Znajomi się zastanawiają, że biznes im średnio idzie. Chcą by reklamować ich ofertę pośród znajomych, ale to co oferują dość mocno rozmija się z rzeczywistością. Właściciel który chodzi niemal non-stop z browarem w dłonie, walające się śmieci po terenie, kubeczki, kapsle od piwa. Poprzepalane żarówki, nieterminowe świadczenie usług dodatkowych. I teraz wyobraźcie sobie, że macie w takich okolicznościach przyrody spędzać swój wolny czas. Chcielibyście?

Po ostatnich ogłoszeniach powiedziałam koleżance, że jest taka oferta, że fajne miejsce. Przyjechała i zobaczyła i zaczęło się. Pretensje, że tylko straciła czas bo syf, kiła i mogiła.

Powiedziałam znajomym, że chciałam im pomóc, że rozpropagowałam ich ofertę, ale odzew jest taki jak widać. No i się znajomi obrazili. Przecież oni nie mają już siły ani czasu żeby sprzątać po tym jak ich pozostali klienci brudzą i śmiecą.

I stąd proszę państwa się bierze zazdrość i zawiść. Jednym biznes idzie bo dbają o swoich klientów, a inni ledwo wiążą koniec z końcem, bo kładą nacisk nie na to co trzeba. Jest czas na picie piwa, ale przede wszystkim trzeba znaleźć chwilkę na zadbanie o standard. Może być skromnie, ale ma być czysto!

A w Poznaniu pada śnieg :)

środa, 20 listopada 2013

Młodzian i Dziewuszka

Pewien młody chłopak dostał szansę od biznesmena inwestującego w konie. Młodzian miał stac się czołowym zawodnikiem tworzonego klubu sportowego. Biznesmen ściągnął najlepszych trenerów, kupił kilka doskonałych koni na konkursy pucharu świata. Młodzian startował, a że bestia była piekielnie zdolna to wspinał się po szczeblach kariery. Tuz po dwudziestce jeździł po Europie na zawody skokowe małej rundy (dla niewtajemniczonych - przeszkody są wysokie, nawet bardzo wysokie, a parkury dość trudne). Biznesmen poszedł na ręke młodemu zawodnikowi by ten mógł podjąć studia dzienne. Kupował kolejne konie by mieć materiał do startów na przyszłość.

W stajni pojawiła się młoda dziewoja. Twarz aniołka, dość zgrabna, ale zadufana w sobie dziewusia. Jej zadaniem było czyścić konie dla Młodziana. Chwilę to trwało nim udało jej się owinąć Młodziana wokół małego paluszka. Niestety nie skończyło się to dobrze dla Młodziana. Odciągała go od treningów i skromny chłopak coraz częściej rezygnował z siebie na rzecz Dziewusi.

Matka Młodziana i Biznesmen rozmawiali z Młodzianem, by ten się zastanowił co robi. Nie docierało do niego to co mówili wszyscy wokół, że Dziewczę ma na niego zły wpływ. Zakochany był po uszy, pierwszy raz tak bardzo. A Ona marzyła by z nim zamieszkać i odseparować go od wszystkich osób, które za nią nie przepadały.

Młodzian dostał propozycję pracy z innej stajni. Dziewuszka zatarła rączki z radości. Mieszkanie, konie, starty. Obydwoje rzuciło studia i wyjechali. Gdy o tym usłyszałam, a znałam ta stajnię i układy tam panujące, wiedziałam,że to się skończy słabo. I tak to po niecałych dwóch latach Młodziana wykopano, ot tak z dnia na dzień. Bo skoro już podjeździł konie na wysokie konkursy to ma spadać, bo teraz syn właściciela będzie na nich startował.

Młodzian rozczarowany. Tym bardziej, że przez te dwa lata niewiele startował, a jeśli nawet to tylko konkursy średnich klas w PL. Skończyły się świetne konie i startowanie w największych europejskich konkursach. Wciąż mu obiecywano, że jak przygotuje lepiej konie, to będzie mógł na nich startować w konkursach Pucharu Europy. No to się nastartował...

Ciekawe co dalej. Skądinąd wiem, że Dziewuszka jest tylko nieco rozżalona. On załamany. Czy Biznesmen da mu kolejną szansę? Jestem bardzo ciekawa jak się potoczą losy. Nie ukrywajmy, że prawie dwa lata bez treningów z najlepszymi trenerami, jazda na młodych konia i Chłopak na pewno nie nabrał więcej umiejętności. Brak startów w międzynarodowych konkursach na bank odbił się na jego formie. Przykre... jedyne co go ratuje to talent i ciężka pracy. Oby Dziewuszka go nie zniszczyła do reszty uzdolnień i nie przeszkadzała w ciężkiej pracy by znowu wspiąć się na szczyt.

sobota, 16 listopada 2013

Wieczór z muzyką

Kto wie co to za kawałek:

Teraz kładę się spać
Modląc się, by Pan strzegł mą duszę
Jeśli umrę zanim się obudzę
Modlę się do Pana by zabrał moją duszę

Cicho, dzieciątko, nie mów ani słowa
Nie zwracaj uwagi na ten hałas, który słyszysz
To tylko bestia pod twoim łóżkiem
W twojej szafie, w twojej głowie

Dobranoc:)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wiedza

Dzisiejszy dzień spędzam w ciszy i samotności. Nie jestem w stanie spędzić kolejnego dnia z ludźmi.

Miało być swego czasu o wiedzy i dziś o tym będzie.

Wokół mnie jest ogromna grono osób posiadających ogromną wiedzę. Jedna osoba ma ogromne doświadczenie i wiedze dotyczącą programowania. Ktoś inny dotyczącą pracy z końmi. Jeszcze ktoś inny jest niczym encyklopedia historyczna. Są osoby któe wiedzą wszystko na każdy temat. Bardzo duzo czytają, słuchają. Są doskonali trenerzy.

I co z tego?! Cóż z tego, skoro znakomita większość tych osób nie robi ze swej wiedzy użytku. Nie rozumiem też dlaczego ludzie o umysłach otwartych na wiedzę ze swojej dziedziny, są tak zamknięci na wiedzę choćby podstawową z innych dziedzin.

W efekcie genialny programista ma wieczne problemy z firmą bo nie jest w stanie przyswoić wiedzy z zakresu zarządzania zespołem. Dziewczyna posiadająca ogromną wiedzę z zakresu dietetyki i aktywności ruchowej, jest otyła. Fantastyczny trener jeźdźców i koni ledwo przędzie bo jeździ na szkolenia z treningu, ale nie szkoli się z zakresu marketingu.

Żal patrzeć jak się wiedza marnuje. Jak Ci ludzie marnują swój potencjał. Ale najgorsze jest to, że się mądrzą. Nie jestem w stanie wytrzymać więcej jak jeden dzień z takimi ludźmi, bo każda minuta jest przesycona ich mądrością. Przytłaczającą mądrością, bo są tak pewni siebie, że nie tolerują zdania odmiennego od ich punktu widzenia. Zapomnieli, że ich wiedza obejmuje tylko pewien zakres, konkretne dziedziny. W swym zapatrzeniu w siebie uznali, że są tak genialni, że nie muszą się z nikim liczyć, a przede wszystkim patrzeć na siebie krytycznym okiem.

Brak pokory i autorefleksji sprawiają, że obcowanie z tymi ludźmi jest trudne.

środa, 6 listopada 2013

O pieska i kotkach

Od kilku dni ciesze się, bo zamieszka ze mną psisko. Póki co piesio mieszka sobie w hodowli i dorasta do tego momentu gdy będzie mógł do mnie przyjechać.

Zdecydowałam się na sznaucera miniaturowego. Na rasowego psa, z porządnym rodowodem ZKwP. Dlaczego? Bo chciałam psa który reprezentuje pewien zestaw cech: energię, dłuższe łapki, ruchliwość, niewielki rozmiar, chęć uczenia się, a także niewielkie rozmiar, miła w dotyku ale nie liniejąca sierść i ciemna maść.

mam rasowego kota i potrafię docenić zwierzę rasowe, posiadające cechy które są charakterystyczne dla danej rasy. Przez 17 lat miałam kundelka (mieszaniec podhalańczyka z owczarkiem niemieckim). To był cudowny pies, ułożony przeze mnie od szczeniaka, jednak teraz bałam się wziąć jakiegoś szczeniaka nie wiedząc choćby jak duży wyrośnie. Nie chciałam latających wszędzie kłaków, bo już kot mi zapewnia taką rozrywkę. I znam całe mnóstwo psów które wychowywane w nieodpowiednich warunkach bywają agresywne. A agresja ta jest generowana przez głębokie lęki. Dlatego też nie zaryzykowałam psa ze schroniska.W mieszkaniu, a potem przy koniu, nie chce ryzykować z płochliwym, strachliwym psem.

No i tak się złożyło, że mogę sobie finansowo pozwolić na posiadanie psa z dobrej hodowli. Odchowanego, dobrze odkarmionego, przystosowanego społecznie do życia między ludźmi i innymi psami. Nie ryzykowałam kupna psa z pseudohodwli bo bez sensu jest wydawac pieniądze na pieska, który prawdopodobnie do sznaucerka będzie podobny. Ale takich piesków są pełne schroniska.

I mój pies z rodowodem, jeszcze u mnie nie zamieszkał, a już wywołał burzę. Ci którzy mają psy z rodowodem cieszą się ze mną, bo rozumieją co mną kierowało. Osoby posiadające kundle przypuściły na mnie atak. jak mogę wydawać pieniądze na psa z rodowodem skoro oni mogą mi kundla załatwić. Nie rozumieją, że chcę właśnie sznaucera. Nie kundla, choćby najbardziej urokliwego i ślicznego. Chcę czarnego sznaucera. Koniec, kropka!

Co ciekawe, niektóre argumenty i reakcje są podobne do tych jak po wymianie mojego samochodu na inny. Jakby nie mogli przeżyć, że wydaję pieniądze realizując jakieś woje marzenia czy plany. Gdy wymieniałam samochód na nowy pytali po co mi nowy samochód, jak za te pieniądze mogę mieć wielkie wypasione dziesięcioletnie auto. Nie trafiało do nich, że chce mały nowy samochód, żeby nie martwić się naprawami, bo nie mogę pozwolić sobie na to by samochód stał w serwisie co kilka tygodni. I z piesiem podobnie. Po co Ci pies za tyle a tyle, jak za te pieniądze możesz mięć milion kundli. Mogę, ale nie chcę!

Patrząc na to z boku, to niezły test na znajomych. widać, kto potrafi się cieszyć ze mną piesełkiem, a kogo zżera jakaś zawiść czy zazdrość. Podejrzewam, że te uczucia kierują tymi ludźmi. Żadna z tych osób nie robi nic, by ratować zwierzęta ze schronisk. Nie zasilają fundacji, nie prrzygarniają piesków czy nie zostali wolontariuszami. Ale ja jestem w ich mniemaniu złym człowiekiem bo będę mieć psa rasowego. To jakaś paranoja jest!


sobota, 12 października 2013

Paczam i nie wierzę!

Kiedyś, dawno temu, bardzo się wszystkim przejmowałam. Nie umiałam pogodzić się, że nie zawsze osiągam zamierzony cel. Bolało mnie, gdy ktoś mnie nie akceptował. Z czasem bardzo się zmieniłam pod tym względem. Nauczyłam się czuć dobrze z sobą samą.

Nabrałam dystansu do porażek dzięki pracy z koniem. Z końmi gdy robota nie idzie, to choćby do niego gadać i skakać i wściekać się, to nic się nie osiągnie. Siadałam wtedy w kątku, a konia puszczałam luzem na hali lub padoku na którym pracowałyśmy. Siedząc sobie z boku analizowałam co spartoliłam, w którym momencie. Kilka głębokich wdechów i spokojna i wytonowana wracałam do pracy. Zaczynałam w punkcie, który był ostatnim dobrym. I powolutku szłam nową ścieżką. Może trudno wam w to uwierzyć, że ta praca z koniem nie tylko nauczyła mnie cierpliwości, analizowania błędów, ale także wyciszyła mnie wewnętrznie.

Niemal przestałam się przejmować sprawami na które nie mam wpływu. Czasami gdy jestem w słabszej formie, ponosi mnie irytacja i emocje, ale dużo lepiej nad nimi panuję.

A teraz do sedna. Gdy nie dostaję projektu o który walczyłam, nie wściekam się. Bo wiem, że próbowałam i zrobiłam wiele, a może wszystko co mogłam zrobić by cel osiągnąć. Nie traktuję tego jako porażki, bo miałam możliwość nauczenia się czegoś nowego, zetknęłam się z nowym systemem, nowymi ludźmi.

Gdy spotykam się z kimś, a potem ta osoba znika i przestaje się odzywać, to nie robię scen, nie narzucam się telefonami, smsami czy w jakikolwiek inny sposób. Wiem, że nie ma to sensu. Jeśli druga strona nie ma ochoty na spotkania to przecież nie będę tej osoby zmuszać. A jeśli druga strona jest tak głęboko nieśmiała, że boi się odezwać... no cóż... pechowców nam nie potrzeba.

Taki dystans do życia przychodzi też z wiekiem. Mnie ułatwiła to praca z koniem, ale obserwując ludzi wokół widzę, że im człowiek starszy, tym więcej ma dystansu.

Tym bardziej nie rozumiem, jak facet w wieku lat 48 może robić sceny niczym nastolatka, ponieważ odrzuciłam jego zaloty?! Gdzie się podziała dojrzałość i klasa? Jak można dojść do wniosku, że wydzwanianie do kobiety w nocy i wysyłanie żenujących smsów, przyniesie pozytywny skutek?

Paczam i nie wierzę!

piątek, 11 października 2013

Cel

Proszę Państwa, pamiętajmy o celach! I nie rezygnujmy z marzeń. Nie należy ich nazywać marzeniami, określajmy je mianem celów do osiągnięcia. A wieczorkiem, gdy nie możemy zasnąć, wystarczy myśleć co zrobić by cel osiągnąć. Nie dumajcie nad tym co stoi wam na przeszkodzie. Pomyślcie co sprzyja realizacji. Lawirujcie między utrudnianiami jak między dziurami na jezdni.

O!

czwartek, 10 października 2013

Biznesy proszę państwa

Zastanawiam się nad tym, czy ludzie to wstydu nie mają? Rozwala mnie całkowicie gdy moje prace krytykują ludzie, nie mający pojęcia o czym mówią. Jeszcze bardziej mnie bawi, jak wysłuchuję pretensji od ludzi, którzy postanowili robić to co ja. Po jakimś czasie okazuje się, że im biznes nie wyszedł i kogo postanowili oskarżyć o swoje niepowodzenia? Oczywiście mnie. Nie wiem czy w takich sytuacjach się śmiać czy płakać.

Działam ostatnimi czasu dużo, a nawet więcej. Przynosi to jakieś efekty, powoli, ale jednak. Przede wszystkim mam całe mnóstwo radości z tych działań. Daje mi to satysfakcję, że mimo przeciwności losu jestem kowalem swego losu. Chce mi się skakać z radości gdy przychodzi mały sukces, a już całkiem biegać i fikać gdy sukces jest całkiem spory. Rozpiera mnie duma, gdy moi klienci są zadowoleni. To napędza mnie do dalszego realizowania szalonych pomysłów. Niech ten stan i ta moja odporność na słowa zawistników, trwają jak najdłużej!

wtorek, 8 października 2013

Rozchełstana Koszula i wywieranie presji na ludzi

Wczorajszy dzień to nalot zawiedzionych idiotów. Rozchełstana Koszula wylał na mnie wiadro, baa nawet cały beczkowóz pomyj. Zaczęło się od tego, że w zeszłym tygodniu napisałam mu, że nie jestem gotowa na związek. Nie chciałam mu mówić, że jest burakiem mówiąc krótko. Napisałam, że chemia nie teges, że dziękuję s spotkanie. Pozdrawiam. Zadzwonił chwilę później, ale nie odbierałam. Po kilku dniach przysyła smsa, że on wszystko wstrzymał, pracę, obowiązki, bo zastanawiał się jak mogłam go nie chcieć. Jak mogłam po jednym spotkaniu wywnioskować, że nie mam ochoty się z nim więcej spotykać. Z każdym kolejnym elaboratem w smsie rozkręcał się. W końcu mu grzecznie napisałam, że te przepychanki nie mają sensu, że podjęłam decyzję, że nie zagrało i nic tego nie zmieni.

A Pan Rozchełstana Koszula wtedy popłynął. Nawypisywał takich rzeczy, że trudno uwierzyć, że to dojrzały mężczyzna. Niestety moja intuicja się nie myliła. To człowiek, który z racji swojego zawodu wzbudza we wszystkich lęk. Nikt mu się nie postawi, nie sprzeciwi. I on tego sprzeciwu nie toleruje. Na spotkaniu to momentalnie wyszło, że nie słucha tego co mówi ktoś inny, tylko tworzy swój własny osąd sytuacji, przekręca fakty, wydarzenia, by podeprzeć swoją argumentację. To mnie zraziło, bo z takimi "najmądrzejszymi we wsi" życie jest dramatycznie trudne. Poza tym, też się go po prostu bałam. Nie toleruję w swoim otoczeniu ludzi, którzy uciekają się do przemocy fizycznej. I tłumaczenie, że taka praca absolutnie mnie nie przekonuje. Po prostu niektórym ludziom sumienie nie pozwala na wykonywanie takiej pracy.

Ciężko się żyje z osobami, które zawsze muszą mieć rację. Ostatnio takimi sypnęło. Wczoraj miałam już po kokardę. Zwłaszcza gdy dostałam email od pewnego znajomego, który ma pretensje, że nie pisze do niego codziennie albo i kilka razy dziennie, że nie dzwonię. Lubię go, a raczej lubiłam, ale kontakt od czasu do czasu był mi wystarczający. On jednak chciał więcej. Przyszedł moment, że zaczął wchodzić w moje życie z butami, więc go delikatnie wyprosiłam za drzwi. Obraził się wtedy i napisał email przepełniony żalem i pretensjami.Ale ostatnio przegiął całkowicie, gdy napisał, że na pewno to ktoś mnie nastawia przeciwko niemu. on to czuje i wie. Tutaj pojawił się wywód na pół ekranu jak to on się spotkał z takimi sytuacjami, żebym się nie dała, bo tacy są źli, a tylko on jest dobry. Po przeczytaniu tego emaila zaklęłam szpetnie. Ten człowiek ma paranoję!

Całe mnóstwo osób próbuje mną manipulować, wymuszać na mnie pewne rzeczy. Po chwili pojawiają się pretensje, że nie odpowiadam na emaile czy sms albo nie odbieram telefonu. A czy ja muszę?! Jest grono osób od których odbiorę telefon w środku nocy, cokolwiek by się nie działo, ale jeśli ktoś jest męczący i nie czuję się komfortowo w towarzystwie tejże osoby to czy na prawdę muszę z tą osoba rozmawiać? Czy powinnam iść na kawę z koleżanką, która dzwoni bo chce by jej uszyć sukienkę za free? Czy rozsądnym jest spotkać się na piwo z gościem, który na każdym spotkaniu urabia mnie by zaciągnąć mnie do łóżka? Te spotkania nic nie wnoszą do mojego życia. Czuję się okropnie w ich trakcie, bo wciąż kombinuję jak się wywinąc z kolejnych zastawianych na mnie pułapek.

Nie muszę się z takimi ludźmi spotykać. To moje życie! Mój czas! Mogę go sobie organizować jak chcę i z kim chcę!

czwartek, 3 października 2013

Jakość a cena

Od pewnego czasu zajmuję się projektem przejętym po innej firmie. Nie ma nic gorszego niż poprawiać cudze błędy. Niestety tak to jest gdy zleca się wykonanie systemu firmie, która jest tania. To kolejna taka sytuacja. Wciąż słyszę, że jesteśmy drodzy, że klienci mają tańszych wykonawców. Zatrudniają firmy, które do tej pory robiły niewielkie serwisy internetowe. Zlecają system z wieloma formularzami, dużą, złożoną bazą danych. Oczywiście wykonawca zarzeka się, że da radę, że przecież to mały pikuś zrobić taką aplikację.

A dziś okazuje się, że problemy są już na etapie konfiguracji Windows Server. Kolejne błędy to komunikacja z bazą danych i sama aplikacja sypie bugami. Cóż z tego, że aplikacja wygląda efektownie wizualnie, skoro połowa funkcjonalności nie działa tak jak było to zapisane w specyfikacji. Przez rok gwarancji wykonawca usuwał błędy tak, że większości z nich nie usunął. A z chwilą gdy skończyła się gwarancja, zablokowali dostęp do serwerów i przestali odbierać telefony. Pełen profesjonalizm!

Wydaje się wam to niemożliwe? A jednak. I nie są to odosobnione przypadki. A potem kwik i zgrzytanie zębów. Klient marzy o tym, by kluczowe błędy usunąć w ciągu jednego dnia. Póki co to cały dzień próbujemy się dostać do serwerów. I na razie efekty są znikome. Jeszcze nie udało się postawić u nas wersji testowej, a gdzie usuwanie błędów. Na szczęście po stronie klienta jest człowiek, który rozumie te problemy bo sam jest programistą. Zwykle jednak klienci się wściekają, bo przecież co to takiego przekopiować zawartość serwerów.

Ktoś kiedyś powiedział, że biedaka nie stać na tanie rzeczy. Coś w tym jest. robiąc zakupy do domu podejmujemy decyzje zakupowe kierując się walorami smakowymi, a także stosunkiem jakości do ceny. Nie rozumiem zupełnie dlaczego wg tego samego schematu nie są podejmowane decyzje dotyczące wyboru wykonawcy.

Pracuję dla firm które robiły ogromne systemy dla operatorów komórkowych. Dla największych firm w PL z branży zarządzania flotą, monitoringiem pojazdów. Mieliśmy wkład w budowę platform sprzedażowych, CRMów wszelkiej maści. Jesteśmy na rynku od ponad 20 lat i działamy w najnowszych technologiach. To świadczy o prężności naszego zespołu. Referencje są swego rodzaju gwarancją jaką dajemy Utrzymanie dobrych programistów kosztuje i dlatego nasze usługi muszą kosztować. szkoda, że tak niewielu klientów to rozumie.

sobota, 28 września 2013

Tak to jest jak sobie człowiek wrzuci na luz

Co to jest za moda, żeby na pierwszym spotkaniu osobnicy płci męskiej co chwila wspominali o dziecku?!

***

During the meeting, he told: You can call me anytime! You can rely on me!
Few days later. I'm calling... But there is no answer. Once, twice... he is still too busy to answer the phone.

***

I właśnie przez takie sytuacje wrzuciłam sobie na luz. Oczywiście jak na złość, teraz wszyscy chcą się spotykać i deklarują rzeczy o których nie powinni wspominać. Mam wrażenie, że w facetach coraz więcej desperacji.

***

Inspirujące było spotkanie z Panem Coachem na wystawie. On żyje swoją pasją, ma poczucie humoru. Był taki nienarzucający się, to był na prawdę miły wieczór. Sądziłam, że to kobieta powinna być tajemnicza, jednak on jest w tym mistrzem. Nie pojmuję o co chodzi z tym człowiekiem. Najpierw jest ciepły, miły, serdeczny, a w ciągu sekundy przełącza się w tryb totalnego zamknięcia w sobie.

piątek, 27 września 2013

WTF?!

Przypadkowe spotkanie. Facet jest sympatyczny. Zaprasza mnie na kawę. Przyjmuję zaproszenie. Spotykamy się po kilku dniach w kawiarni w centrum Wawy. Przychodzi elegancko ubrany. Wypastowane buty, jeansy, ładna marynarka, szlachetny sweterek, odprasowana koszula. No właśnie. Sweterek rozpięty do połowy i do tego rozpięta koszula. Rozpięta niemal do połowy! Nie jeden guzik pod szyją. Nie dwa i nie trzy! Rozpięta jest połowa guzików! WTF?!


czwartek, 26 września 2013

Wakacje, wakacje i po wakacjach

I stało się. Mój urlop się skończył. 24 września wróciłam do domu i cieszyłam się, bo wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Tym bardziej, że przez ostatnie dwa dni z nieba waliło żabami.

Najpierw tydzień na Mazurach pilnując obiektu pod nieobecność pracowników. Po trzech dniach samotności zaprosiłam sobie gości i było bardzo, bardzo miło. Koleżanka została na kolejne kilka dni i to był ciężki czas. Uczyłam ją jeździć konno, a bardzo ciężko jest uczyć osobę, która musi każda uwagę skwitować, podsumować, wyjaśnić, wytłumaczyć. Do tego musiałam wziąć poprawkę, że to osoba niespecjalnie sprawna fizycznie, więc postępy były bardzo wolne. Wolniejsze, gdyż walczyłam każdego dnia na miecze z brakiem przekonania do koni i ogólnej koncepcji jazdy konnej. To była niezwykła lekcja cierpliwości dla mnie. Momentami chciałam zakląć soczyście, żeby kursantka przestała dyskutować, tylko się ogarnęła. W końcu jednak coś się odetkało, otworzyła się klapka w głowie koleżanki i przekonała się, że nie taki koń straszny.

Potem wyjazd nad morze na galopy po plaży. Oprócz nas dwóch, dojechało tam jeszcze małe stadko 4 osób dorosłych + rozkoszny 1,5 roczny chłopiec.

Nie jestem w stanie znieść narzekania, nakręcania się. Rozumiem, że można powiedzieć raz czy drugi, że coś się partoli w życiu, ale przez 4 dni to lekka przesada. Ponadto, wrąbałam się w rolę kierownika wycieczki chociaż starałam się uniknąć tego jak zapalenia pęcherza. Niestety nie udało się i nie było dnia, żebym musiała decydować o sprawach o których nawet nie chciałam myśleć. Grunt, że coraz lepiej mi wychodzi przełączanie się w stan stand-by. Niby jestem i wiadomo, że w każdej chwili można mnie zapytać czy poprosić o pomoc, jednak byłam w stanie relaksu. momentami nawet głębokiego relaksu. Plaża, wino, wiatr, konie, galopy.

W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody przekonałam się, kto się nadaje jako towarzysz wyjazdów, a kto jest jak ryba i po trzech dniach zaczyna śmierdzieć. Chwilami żałowałam, że nie pojechałam sama jak zwykle. Momentami cieszyłam się, że jestem z grupą znajomych. Następnym razem jednak, ustawię na środku domu wielki słój. Za każde narzekanie, osobnik będzie w obowiązku wrzucić 5 PLN do słoja. Gdyby tak było tym razem, to bym uzbierała całkiem przyzwoita kwotę i mogłabym kontemplować ich problemy w okolicznościach śródziemnomorskiej przyrody popijając drinki z parasolką.

Na dniach napisze o tym, jak wiedza może stać się przekleństwem.

I tak na marginesie, widziałam się z obiektem moich westchnień. To niezwykły, fantastyczny mężczyzna. Ustala się wzorzec do którego będzie równany szereg.

piątek, 13 września 2013

Urlopowanie - częśc pierwsza.

Siedzę sobie w dzikiej głuszy. Mój dzień sprowadza się do nakarmienia koni, nakarmienia psa i nakarmienia siebie. Oprócz tego muszę konikom dościelić. I nic więcej nie muszę robić! Czyż to nie fantastyczne?!

Wczoraj miałam gościa komercyjnego, po wyekspediowaniu go po śniadaniu, zarządziłam wyprawę do lasu. Lał deszcz ale kurtka + płaszczyk plastikowy rozwiązały problem. Nazbierałam mnóstwo grzybów, które obgotowałam. Będzie z nich sosik do kopytek albo ziemniaczków. Dościeliłam konikom i przygotowałam im kolację. Nazbierałam jabłek w ogrodzie dla koni i na szarlotkę. Zebrałam tez kilka gruszek do jedzenia. Psisko z szaleństwem w oczach kradło mi gruszki i je zjadało. Kobyłki się dziś włamały do ogrodu by pojeść jabłek we własnym zakresie.

Zrobiłam zakupy na jutro bo będę miała gości. W domu pachnie szarlotką, którą właśnie wyciągnęłam z piekarnika. Gotuje jeszcze jedzenie dla psa na najbliższe dwa dni.

Za chwilę zalegnę z książką, a potem zasnę wyluzowana i fizycznie zmęczona. Zasnę pewnie z tym uroczym uśmieszkiem który mi się wczoraj przykleił do twarzy i z niej nie schodzi. Jak niewiele do szczęścia potrzeba człowiekowi :)

A tutaj krótka relacja z wczorajszego dnia. Fajnie mam, co?


środa, 11 września 2013

Podryw na śmietnik i psychopata

Przeżyłam dziś najzabawniejszy podryw w moim życiu. Wychodzę z domu, jedną ręką prowadząc rower, a w drugiej trzymam worek ze śmieciami. Podążam tak do altanki śmietnikowej. Ręce zajęte, więc jak zwykle stopą próbuję otworzyć wrota. Męczę się, bo ktoś potraktował bramę śmietnikową z kopa i się zatrzasnęła. I wtedy podchodzi jakiś człowiek i pyta czy mi pomóc. Tu błysnęłam yntelygencją i poprosiłam by potrzymał mi rower. Moja wiara w ludzi wielokrotnie mnie zgubiła, ale i tym razem jakoś nie pomyślałam. No cóż. A Facet pyta się nie boję, że mi ukradnie ten rower. Mówię, że oczywiście istnieje taka możliwość. Zabrałam mu rower bo śmieci już wylądowały w pojemniku. On tymczasem nadal zagaduje. Żem taka sympatyczna, że wpadłam mu w oko (to miłe, że nie powiedział że jestem głupia i naiwna dając swój rower obcym ludziom). Przedstawia się z imienia i nazwiska, mówi, że mieszka tu w okolicy i prowadzi firmę zajmującą się tym i tym, no i czy bym nie umówiła się z nim na kawę.

A mnie zatkało. Myślami byłam gdzieś zupełnie indziej. On postanowił mnie odprowadzić, zagaduje, prawi komplementy, mówi że biega więc może na bieganie byśmy się umówili. W końcu wymieniliśmy się numerami telefonów.

Popołudniu dostaję smsa, że pozdrawia i jak mi minął dzień.

Co za odmiana! Nawet jeśli okaże się być totalnym palantem to tym jednak zaplusował. To było miłe z jego strony. Pomyślał o mnie, tak całkowicie niezobowiązująco i nienachalnie napisał.

***

Wczoraj byłam z  RS na wystawie fotografii na ogrodzeniu Łazienek. Świetnie się bawiłam. Było miło, interesująco. RS ma ogromną wiedzę na niemal każdy temat i widać, że niektóre tematy które go wciągnęły, po prostu w nim żyją i on żyje nimi. Później jednak zrobiło się dziwnie. Poczułam się nieswojo. Nie ogarniam zupełnie czy on jest zainteresowany czymś więcej niż znajomością (to wynikało z jego zachowanie podczas oglądania zdjęć). Ma takie momenty, że się zamyka w sobie, wycofuje. I ten jego wzrok. Patrzy i patrzy w oczy i milczy. I ni huhu nie wiadomo co mu w tej głowie siedzi.

Wniosek jest taki: albo to interesujący choć wycofany facet albo jakiś psychopata :D

W obu przypadkach mam ten komfort, że nie mam ciśnienia. Wiem jedno. Chce się czuć komfortowo. Nie zamierzam się stresować bo stresów już mam po kokardę. RS intryguje... Podrywacz od roweru wywołuje uśmiech na twarzy... jest ciekawie.
A teraz leżę w łóżku, zaraz obejrzę jakiś film na VOD, popijam porto i dziś, teraz, nic nie muszę! Cudowny czas, co za komfort!

poniedziałek, 9 września 2013

Inni ludzie, inny świat

Po Panu Światełko wrzuciłam sobie na luz. Mam po kokardę nowych znajomości. Jakby tego było mało, to wyczerpanie organizmu daje mi w kość. Z byle powodu łapię kontuzje, niczym piłkarz nożny. Tylko źle stanę a moją twarz wykrzywia grymas bólu niczym u Ronaldo, gdy ten przewróci się po potknięciu o źdźbło trawy na boisku. Jem zdrowiej niż tybetańscy mnisi. I mimo wszystko sił we mnie tyle co w koniu po Wielkiej Pardubickiej. Dzisiaj miałam totalny kryzys. Plecy, staw skokowy, nadgarstek... a całe mnóstwo rzeczy do zrobienia. W końcu by zebrać siły postanowiłam zaszaleć i poszłam biegać. Miałam prawie 3 tygodnie przerwy i czułam to. Zrobiłam klasyczną trasę, ale ostatni kilometr zrobiłam na ostatnich nogach. Wróciłam do domu i tu już było zupełnie inaczej. Humor szampański, nie ma to jak endorfinki. Uwielbiam gdy chlupoczą wesoło w moich żyłach.

Tydzień temu sędziowałam zawody. Zasadniczo to spędziłam czas w miłym towarzystwie i tamten weekend mnie olśnił. Nabrałam dystansu do wielu spraw, a w szczególności przypomniano mi, jak wartościową osobą jestem. Popatrzyłam sobie też na prawdziwych mężczyzn. Jakie to urocze gdy ma się do czynienia z dojrzałymi ludźmi. Z mężczyznami, a nie facetami. Którzy nie podrywają mnie tylko adorują. Nabrałam sił i tylko dzięki temu wyjazdowi dotrwałam do dzisiejszego dnia. Mam nadzieję, że spotkam tych ludzi znowu. To tak wesoła kompania, a jednocześnie pełna ciepła, wyrozumiałości, dystansu do życia... przebywanie w towarzystwie takich osób sprawia, że wygrzebuję się z warszawskiego bagienka.

Nabrałam dystansu, otrzymałam mnóstwo pozytywnej energii. I pragnę by to wróciło!

wtorek, 3 września 2013

Pan Światełko - epilog

W poniedziałek około południa Pan Światełko napisał smsa:
 Coś tak czuję że zrezygnowałaś ze znajomości ze mną...nie mam żalu. Życie toczy się dalej. Powodzenia życzę i szczęścia. Pozdrawiam. Pan Światełko.

Więc jednak się obraził. Dzięki temu co napisał byłam już pewna że szkoda czasu dla takiego człowieka. Zastanawiałam się tu chwilę jak zareagować. Potem postanowiłam sprawdzić na ile jest mną zainteresowany. najpierw chciałam odpowiedzieć mile i spokojnie. Zrezygnowałam jednak, na rzecz małego testu. Napisałam mu:
Nie rób scen. Gdybyś tak o mnie myślał jak pisałeś to powinno Cię choć ciut zainteresować jak się mam, czy jak mi se wracało. Wtedy dowiedziałbyś się, że miałam małe perypetie w drodze powrotnej i dopiero godzinę temu dotarłam do domu. Powodzenia zatem i szczęścia. Khira. 
Miałam wyrzuty sumienia, że kręcę. Byłam jednak ciekawa czy rzeczywiście jest takim skoncentrowanym na sobie człowiekiem, czy może się pomyliłam. W końcu w każdym smsie pisał "Myślę o Tobie".

Moje wątpliwości rozwiały się momentalnie wraz z nadejściem odpowiedzi:
Perypetie, wypadki i wojny nie są przeszkodą do napisania jednego małego smsa. No ale pewnie zbyt wiele oczekuję. Sorki. Powodzenia. Pan Światełko.

Ani słowa o tym co to za perypetie. Żadnego pytania czy jestem cała. Oczywiście, to żaden problem napisać smsa. Rzeczywiście wracałam z małymi perypetiami i nie były one tak poważne bym nie mogła napisać smsa. Jednak oczekiwałam zupełnie innej reakcji. Liczyło się tylko to, że nie odpisałam na smsa. Nie ważne czy urwało mi nogę, rozbiłam się gdzieś czy auto stanęło w trasie. Najważniejsze to napisać sms do Pana Światełko bo w końcu on o mnie myśli!

Może to ja zbyt wiele oczekuję. Tego jednak nie zmienię. Interesuje mnie co słychać i co się dzieje z bliskimi mi osobami. I oczekuje takiego zainteresowania z ich. Właściwie to nawet nie muszę oczekiwać bo zawsze przychodziło to samo, naturalnie, tak jak mnie. Historia z Panem Światełko zakończona i nie jest mi żal. Nauczyłam się na co zwracać uwagę w nowych znajomościach.

Wciąż wspominam weekend. Był fantastyczny!

poniedziałek, 2 września 2013

Mazury, przyjaciele i Pan Światełko

Uff. Dzisiaj z jednej strony jestem rozpalona szczęściem, a z drugiej strony skurczona lękiem.

Mama pojechała do szpitala i dziś będzie wiadomo co dalej. Jakie leczenie, czy operacja czy chemia. Mama jest w złej formie, Tata w jeszcze gorszej. Wszystko go wyprowadza z równowagi. Mama przybita. Horror.

Z drugiej strony spędziłam ten weekend niezwykle aktywnie w otoczeniu przyjaciół i osób niezwykle mi przychylnych. Po jednym dniu oderwania pd pracy, problemów, zaabsorbowania zawodami, odpoczęłam jakbym tam była tydzień.

Przy okazji Pan Światełko, który ostatnio się pojawił, dał mi do myślenia. Poznałam go dwa tygodnie temu. Spotkaliśmy się na kawę i było bardzo sympatycznie. Potem wymiana smsów, a w czwartek umówiliśmy się na rowery. I znowu było miło i sympatycznie. W piątek wyjeżdżałam. Czekała mnie długa droga, wieczorem, po ciemku. Pan Światełko nie odzywał się. Napisałam sms, co tam u niego, ale nie odpisywał. Odezwał się po dwóch godzinach, że ok i że myśli o mnie. Generalnie co sms to tekst "myślę o Tobie". Wtedy zaczęłam zwracać uwagę, że deklaracja deklaracjami, ale miałam wątpliwości co do zakresu tego myślenia. I tu wracamy do piątku. Po 21 przysyła smsa na dobranoc. Odpisuję, że dobranoc, a ja jeszcze jadę. A on się pyta smsowo co tak chłodno odpowiadam. więc piszę, że jadę że korki, że zmęczona jestem. A on nagle przysyła smsa, że ma takie jedno marzenie, że chce mieć dziecko. I wtedy mnie olśniło. To kolejny raz w ciągu dwóch tygodni jak on mówi o dziecku. Przez ten czas ani razu nie zapytał jak mi mija dzień, jak się czuję, co u mnie. a w piątek nie interesowało go jak mi się jedzie. Nie prosił by dać mu znać jak dotrę na miejsce. Przez weekend nie pytał jak zawody, jak mi mija czas, ale "myślał o mnie".
W pewnym momencie poczułam sie jak inkubator. On szuka kogoś z sensem kto mu urodzi dziecko i tylko dziecko go interesuje.

Przerabiałam takie klimaty z Eksiem. Brak zainteresowania, dbałość tylko i wyłącznie o swoje sprawy. Nie chcę tego przerabiać po raz kolejny. W piątek jeszcze chciałam dać mu szansę na rehabilitację. Dzisiaj jednak nie mam ochoty na spotkanie z nim. Nie chcę zmieniać człowieka, jeśli jest taki jak się zaprezentował, to nie chcę z kimś takim się spotykać. Im więcej o tym myślę, to na spotkaniach był dokładnie taki sam. Nie interesowały go moje sprawy. Planował gdzie razem pójdziemy, pojedziemy, etc. Tylko czy tam było miejsce dla mnie i mojego życia?

Przysłał jeszcze w sobotę smsa z pytaniem o której i gdzie widzimy się w poniedziałek. Gdyby to był piątek to bym się z nim umówiła, jednak w sobotę, po długiej rozmowie z przyjaciółmi, nie bardzo miałam ochotę. Dlaczego? Bo spotkałam się z ludźmi całkiem mi obcymi którzy interesowali się mną i moimi sprawami bardziej niż Pan Światełko. Przy okazji pewien mężczyzna przypomniał mi, jakie partner ma obowiązki. Jak powinien się zachowywać wobec kobiety. Uświadomiłam sobie, że Pan Światełko to strzał kulą w płot. Z braku laku poniekąd zgodziłam się na ogromne kompromisy, jednak są kwestie, z których nie należy rezygnować.

I najlepszy przykład mamy teraz. Jest poniedziałek godzina 11. Pan Światełko wiedział, że wracałam wczoraj z Mazur. Nie zainteresowało go czy wróciłam. Nie odpisałam na smsa na dobranoc. Kogokolwiek innego by zastanowiło to, bo jednak długa droga, samochodem, w dużym ruchu... dzisiaj do rana też cisza. O czym to świadczy? Albo się obraził o brak odpowiedzi na smsa o dziecku, albo poczuł się urażony, że nie podałam terminu spotkania, albo nie robi mu to różnicy czy wróciłam czy nie, bo takich potencjalnych inkubatorów to ma w swoim otoczeniu więcej. Ale to już nie moje zmartwienie.

piątek, 30 sierpnia 2013

środa, 28 sierpnia 2013

Mr Narzekalski

Znowu się umówiłam na kawę i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Spotkałam się z Sebastianem, facetem kilka lat starszym ode mnie, jednak już dwa tygodnie temu miałam wrażenie, że to dzieciak w ciele dorosłego. Jednak miło się rozmawiało, więc postanowiłam zaryzykować. Jednak po raz kolejny intuicja mnie nie zawiodła. Jeżeli facet na początku znajomości stwierdza, że nie może rozmawiać bo musi iść się zresetować tudzież najebać, to trzeba pacjenta omijać szerokim łukiem. Koleś przyszedł, uśmiechnięty, w miarę przystojny. 180 cm wzrostu to on na pewno nie miał. Chciał się umówić na Starym Mieście. Nie ma problemu. Chciał usiąść w jakiejś knajpie. Usiedliśmy. I zaczęło się narzekanie. Bo mu nie płacą, bo nie ma zleceń, bo musiał pożyczyć pieniądze od rodziców. Jeśli chciał przekazać, że nie ma kasy to udało mu się. I wciąż gadał o swoich problemach. Gdy przestał gadać o swoich problemach to zaczął mnie wypytywać o innych facetów. Zbywałam go, to zaczął narzekać, że z nim to się chcą umawiać tylko rozwódki z trójką dzieci. Próbowałam, zmieniałam temat, ale on zakapućkany w swoich problemach. Na dodatek odniosłam wrażenie, że popada w jeszcze głębsze kompleksy gdy wspominałam jak ja działam i z iloma tematami. On tylko powtarzał, że nie będzie chałturzył bo by go szlag trafił. A jednocześnie wciąż podkreśla jak to utracił płynność finansową. Poprosiliśmy rachunek, zapłaciłam za siebie i zostawiłam napiwek. On zapłacił tylko za siebie, bez napiwków. Nie wnikam. Odprowadził mnie do samochodu i gada i gada. Nie wiem o co chodziło. W końcu się pożegnałam i pojechałam. Nie wiem czy on liczył na to, że go gdzieś podwiozę? Ale mówił, że też przyjechał autem. Oczywiście po spotkaniu cisza. I chyba na szczęście, bo co z tego, że było na czym oko zawiesić, ale to narzekanie... jak mam podziwiać i szanować mężczyznę, który strzela fochy że nie ma kasy, ale brzydzi się chałturami?

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Reformy edukacji

Czytam regularnie blog Doroty z którym możecie zapoznać się TUTAJ. Dorotka jest nauczycielką i czasami opisuje niuanse swojej pracy. Coś tam się słyszało o rewolucjiw  edukacji, o reformach. Traf chciał, że akurat na samym początku reform miałam praktyki w szkole. Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy, wiadomo człowiek młody i głupi, nie dostrzegałam też głębszego sensu w tym wszystkim co się działo w szkołach.

Zupełnie nie ogarniam jak to możliwe, że praktycznie wszyscy ludzie z którymi chodziłam do podstawówki, wyrośli na dojrzałych obywateli. W pierwszej i drugiej klasie siedzieliśmy w salach z małymi stoliczkami. Mieliśmy wspaniałą wychowawczynię, która miała w sobie ogromny spokój i cierpliwość. Przerywała lekcje gimnastyką, chwaliła nas za opowieści choć nie zawsze związane z tematem lekcji. Uczyła dobrych manier, pilnowała żeby każdy z nas zjadł drugie śniadanie. Niektórzy z rodziców nazywali ją starą komunistką. Nigdy jednak tak o niej nie będę myśleć, bo była wspaniałą nauczycielką. Z ogromny wyczuciem, o wyważonych osądach. Broniła nasza klasę bo nie byliśmy najgrzeczniejsi. Byliśmy JEJ uczniami! w trzeciej klasie zmienił się nam wychowawca i nauczyciel nauczania początkowego. Przenieśliśmy się do innej sali, z większymi ławkami. Nauczycielka była młoda, miała z nami pięć światów, ale dawała radę. Niezwykle empatyczna, wrażliwa, ale też nie dała nam zrobić krzywdy.

Od czwartej klasy dostaliśmy dość surową wychowawczynie. Była surowa dla nas, ale broniła swoich uczniów tak długo jak widziała, że samemu uczniowi zależy. Miała stado 36 urwisów, ale wszyscy ją szanowali. Nigdy nikt jej nie zwyzywał, nikt nie obraził. Nikt nie miał odwagi traktować jej jak koleżanki.

Dlaczego o tym piszę? Bo gdy miałam praktyki w szkole, uczniowie traktowali nauczycieli jak kumpli. Pokój nauczycielski zamykany na stalowe antywłamaniowe drzwi i zamek kodowany. Nauczyciele sparaliżowani i terroryzowani przez elitę. Bo gimnazjum o którym piszę było i jest, jednym z najlepszych, najbardziej elitarnych w Warszawie. Gimnazjaliści po pierwszy dniu praktyk podeszli do mnie i powiedzieli, że gdybym potrzebowała radio do samochodu albo jakiś telefon komórkowy, to żebym powiedziała to mi załatwią. Gimnazjalistki każdy dzień zaczynały od oglądania sobie metek przy ubraniach. Gdyby w mojej podstawówce ktoś się zachowywał w taki sposób to nauczyciel natychmiast by reagował. Nie mówiąc o tym, że klasa nie pozwalała na to by ktoś zadzierał nosa poprzez awans ekonomiczny rodziców. W renomowanym gimnazjum, nauczyciel zaraz po dzwonku biegiem opuszcza pracownię. Uczniowie nie mają mozliwość podejść do nauczyciela, porozmawiac o swoich spostrzeżeniach, problemach.

w mojej podstawówce normą było, że na przerwie się rozmawiało z nauczycielami. A nauczyciele nas inspirowali. Pożyczali swoje książki, pokazywali preparaty na które nie było miejsca na lekcjach. Wyciągali niesamowite mapy z dziwnymi jak dla nas opisami. Najlepiej o nauczycielach świadczy to, że już w szkole podstawowej wiedziałam, że będę studiować geografię. W liceum byłam swego rodzaju encyklopedią geograficzną, co irytowało nauczycielkę, która się nie przykładała specjalnie do przygotowania do lekcji. A ja, młoda gniewna jej przygadywałam bo w niektórych tematach miałam dokładniejsza wiedzę niż ona. Teraz wiem, jakie to było szczeniackie zachowanie, z drugiej strony jednak budowałam wiarę w siebie, a koleżanki i koledzy doceniali i podziwiali mnie z powodu mojej rozległej wiedzy.

W podstawówce cała moja klasa uczyła się na przyzwoitym, a nawet dobrym poziomie. Poziom był wysoki, ale przede wszystkim cieszyliśmy się na niektóre lekcje. Oczywiście to zasługa nauczycieli geografii, biologii, plastyki. Byli tez tacy nauczyciele, którzy nas całkowicie zniechęcili na przykład do fizyki. Trafiając do renomowanego warszawskiego liceum przeżyłam szok. Na kilkudziesięciu nauczycieli których tam poznałam, raptem niewielka grupka, policzalna na palcach jednej dłoni, potrafiła nas zachęcić do zgłębiania wiedzy. Pozostali nauczyciele traktowali nas jak sposób na dotrwanie do emerytury. Byliśmy złem koniecznym. Niestety ich podejście do nas przekładało się na brak szacunku do nich. I tak jak zawsze lubiłam matematykę, czułam się niczym zdobywca szczytów, gdy rozwiązywałam trudne zadania. Tak nauczycielka w liceum całkowicie mnie zniechęciła. Nie miała podejścia do nas, młodych ludzi w trudnym okresie dorastania. Nie miała też daru przekazywania wiedzy. Doświadczyłam osobiście jej niechęci i jak to podsumował któregoś razu mój ojciec: rób wszystko bym się musiał się więcej z tą kretynką spotykać.
Na złość ten nauczycielce zdałam maturę z matematyki na 4,5.

Miło powspominać czasy szkolne, jednak zwłaszcza te wczesnoszkolne. Kupowanie książek od poprzednich roczników. Zielone szkoły. Wuefy na korytarzu. Zjeżdżanie na tyłku po schodach. A przede wszystkim nauczycieli zaangażowanych w nauczenie nas myślenia, samodzielności... mam nadzieję, że kiedyś ktoś tak zaplanuje reformy edukacji, że te czasy wrócą!

piątek, 23 sierpnia 2013

Nie dam rady

Co za potworny dzień. Część przerzutów się zmniejszyła o 10-15%. Niestety powstały dwa nowe nacieki. Jest źle.

Pan Jarandkowicz

Od pewnego czasu podrywał mnie pewien osobnik, nazwijmy go z pewnych względów Jarandkowiczem. Załatwialiśmy sprawy służbowe do tej pory, ale w ostateczności zgodziłam się z nim spotkać na kawę pół prywatną, pół służbową. Początki bardzo sympatyczne, miła kawiarnia, on elegancki, pachnący, otwierający i przepuszczający w drzwiach, ale... w trakcie półgodzinnego spotkania Jarandkowicz gadał tylko o sobie i swoich sprawach. Wiem jakie ma w spółkach aktywa i pasywa, jaki majątek, ile zapłacił za swój ostatni samochód, a ile go kosztował ten który kupił pół roku temu. Dowiedziałam się jak kombinuje by płacić mniejsze podatki i jak zapatrują się Brytyjczycy na zakładanie firm w UK przez Polaków. W trakcie tych opowieści przypomniało mu się, że miał mieć informacje z firmy leasingowej na temat warunków leasingu zwrotnego który załatwiał. Nie mógł się powstrzymać chwili nawet tylko złapał telefon i zadzwonił. Po czym ani przepraszam ani nic tylko dalej nawijał o sobie. Jaki to on jest dobry, zamożny, bla bla bla... słowotok przerwał na chwilę by zadzwonić w kolejne miejsce. Tym razem musiała się pilnie dowiedzieć o której ma pojechać na serwis z samochodem. Jako, że okazało się, że już może tam jechać, więc stwierdził że musi lecieć. I tu znowu włączył dobre maniery. Odprowadził mnie do samochodu, po drodze wszystko jak należy. Koniecznie chciał się umówić na kolację.

Byłam w takim szoku wywołanym jego buractwem, że mnie zatkało. Normalnie nie wierzę w to co się działo.

Zauważyłam jednak pewną prawidłowość. Wielu mężczyzn którzy zarobili duże pieniądze, zapominają o dobrych manierach. Przepuścił w drzwiach bo to pewnie jeszcze wyniósł z domu. Jednak nikt nie nauczył, że rozmowy przez telefon w trakcie spotkania, są po prostu niegrzeczne. Co innego gdy ktoś dzwoni z ważną sprawą. Można powiedzieć przepraszam i raz dwa załatwić sprawę. Ale wydzwanianie z duperelami, które można załatwić za pół godziny, to już lekka przesada.

Pff, jestem zdegustowana.

Dla odmiany wczoraj wieczorem ktoś mnie totalnie rozbawił. Człowiek, który jest dość znany, jest osobą publiczną, a w pewnych kręgach jest niezwykle popularny. Prywatnie jest nieco zblazowany, ale oprócz tego niezwykle miły, sympatyczny, a przede wszystkim ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii. Śmiałam się z tego co mówił, ale najbardziej bawiło mnie udawanie, że nie wiem kim on jest. Z początku nie wiedziałam, ale potem przyszło olśnienie. A do tego on się wił, żeby się nie przyznać że to właśnie On. Jeszcze teraz tu chichoczę z tych rozmów. Tyle dobrego.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Musieć, a chcieć

Kilka lat temu byłam na szkoleniu z zarządzania czasem. Brzmi banalnie i w sumie nigdy nie miałam większych problemów z planowaniem sobie czasu. Szkolenie jednak mi wiedzę uporządkowało, a przede wszystkim poznałam mnóstwo mechanizmów, które rządzą człowiekiem. Na szczęście, nauczyłam się też jak sobie radzić, jak przeprogramować mózg by się nie dać zmanipulować.

Jest takie słowo klucz. Wyrażenie które blokuje człowieka całkowicie i nim się zorientuje, to już jest nastawiony negatywnie do wszystkiego co musi zrobić. To określenie "musieć coś zrobić". Za każdym razem gdy zaczynasz zdanie czy choćby mówić do siebie w myślach "muszę zrobić to czy tamto..." nastawiasz się negatywnie. Kodujesz zadanie jako pewien przymus, obowiązek i to przykry. Do realizacji zabierasz się z mniejszym entuzjazmem niż w sytuacji gdy przedstawiasz je sobie w głowie opisując słowami "chcę to zrobić" albo "z przyjemnością to wykonam". Kontrola myśli ma ogromną moc i ponoć potwierdzone jest to badaniami psychologów.

Z doświadczenia wiem, że gdy tylko pod skórą poczuję nutkę przymusu czy obowiązku, to dana czynność traci cały swój urok.

Co ciekawe to samo ma miejsce w treningu z koniem. Możesz konia zmusić do zrobienia pewnych rzeczy. Możesz założyć patenty jak wypinacze czy czarną wodzę. Możesz go zmusić do aktywniejszego ruchu trzaskając raz po raz batem. Jednak koń wykona takie ćwiczenie spięty i sztywny. Do tego będzie sfrustrowany, bo wykonuje zadanie pod przymusem. Nawet jeśli potem konia pochwalisz, pozostanie napięcie. Jest druga droga, dużo bardziej wymagająca od trenera/jeźdźca. To ścieżka, która sprowadza się do przekonania konia, że chce to dla ciebie zrobić. Nagradzasz za każdy przejaw chęci do wykonania zadania. Nie bede tu szczegółowo opisywać proicesu, ale choć droga do celu jest dłuższa, to jednak efekty są dużo trwalsze, a przede wszystkim osiągnięte w przyjemniejszy sposób i bardziej komfortowy dla konia.

Od dłuższego czasu uczę się żyć przede wszystkim dla siebie. Nie chce nic robić na siłę. Są pewne rzeczy, które muszę robić takie jak pracować by płacić rachunki czy ratę zamieszkanie. Muszę zadbać o kota, konia czy rybki bo to stworzenia całkowicie ode mnie zależne. Całymi latami żyłam dla osób mi bliskich. Byłam taka jak życzył sobie Eksio, spełniałam ambicje rodziców. W efekcie byłam bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Myślałam, że jest fantastycznie, gdy zadowoleni są moi bliscy. Czasami czułam w środku bunt i pozwalałam sobie na wyskoki, które sprowadzały się do robienia sobie przyjemności. Byłam za to krytykowana przez bliskich bo nie byli w stanie akceptować, że chce czegoś innego niż oni. A mnie coraz trudniej było tolerować fakt, że moje życie sprowadzało się do całej listy obowiązków, a dni zaczynałam od litanii "muszę".

Prawie nic nie muszę. Chcę. Chcę być szczęśliwa i żyć w zgodzie z sobą. Chcę być dobrym i uczciwym człowiekiem. Chce się rozwijać, uczyć nowych rzeczy. Chcę się realizować. Chcę przyzwoicie zarabiać by mieć pewien komfort finansowy. Chce być córka na którą mogą liczyć moi rodzice, siostrą która jest oparciem i przyjacielem dla brata.

A teraz chcę zaprojektować grafikę dla aplikacji. A może jednak muszę...? :P

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rowerowe wyzwanie

Jestem nawiedzona. Jak sobie coś wymyślę, to nie ma siły. Będę kombinować jak zrealizować dany pomysł i jeśli mi nie przejdzie nawiedzenie, to przystąpię do wdrożenia idei. Tak było i tym razem. W piątek postanowiłam pojechać z rowerem na działkę do rodziców. W sobotę wpadłam na pomysł, żeby pojechać rowerem. I tak zrobiłam. Mama jeszcze chciała żeby im ziemniaków przywieźć, ale się wyłgałam. Oczywiście obraziła się nieco, ale trudno. Wyspałam się i o 10:30 pomykałam już rowerem. Słoneczko świeciło, ale było rześko. Myknęłam przez Bemowo przez las, potem przez Laski i do trasy gdańskiej. Przemknęłam przez trasę do Łomianek i tam przez Cząstkowy i inne niewielkie miejscowości do Czosnowa. Stamtąd na most na Wiśle, potem przez Narew i minęłam boczkiem Nowy Dwór Mazowiecki. I tu miałam pierwszy kryzys. Był tak potworny tłum rowerzystów, że szlag mnie trafiał. Co chwila zwalnianie bo wiadomo, najlepiej jest zatrzymać się na środku ścieżki rowerowej. Traciłam więc swoje komfortowe tempo. Prędkość oscylowała od 30 km/h na równym asfalcie do 25 km/h na drogach nierównych i dziurach, a do  tego krętych i pagórkowatych. Takie drogi zaczęły się za Pomiechówkiem. Postanowiłam pojechać [prawym brzegiem Wkry i to był błąd. Jak się później dowiedziałam, drogę przez Goławice wyremontowano jakiś czas temu i choć jest mocno pagórkowata, to jednak równa. A tu przez Śniadowo i Szczypiorno było makabrycznie. Nierówno co odbiło się na moich nadgarstkach. Na tym etapie zaliczyłam drugi zjazd. Usiadłam w cieniu na poboczu, skonsumowałam pierniczki, popiłam i percepcja mi się znacznie poprawiła. wstałam z trawy i prowadziłam rower poboczem, czekając aż przejadą samochody i wtedy stało się to czego się zupełnie nie spodziewałam. Wpadłam w mały dołek. Traf chciał że oczywiście moją lewą felerną stopą po rekonstrukcjach. Ból jaki poczułam był tak obezwładniający, że zrobiło mi się słabo. Zakręciło w głowie, zlał mnie pot i poczułam, że świat wiruje. Odrzuciłam rower i usiadłam na trawie. Na moment się położyłam, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. W myślach rzucałam najgorszymi inwektywami pod adresem tej parszywej dziury w ziemi. Gdy trochę doszłam do siebie, zarzuciłam stopę na kierownicę rowera i gadałam do niej: "Tylko nie puchnij, tylko nie puchnij!". Nie do końca mnie słuchała, zaczęła lekko puchnąć. Pulsujący i rwący ból nie odpuszczał. Zaczęłam rozważać telefon do taty, żeby przyjechał po mnie i rower. Jednak to była ostatecznośc. Jak to, trasa miała mnie pokonać na ostatnich 10 km? Po kolejnych kilku minutach wstałam i trzymając się roweru przeszłam kawałek. Stopa bolała, ale stwierdziłam, że dam radę. Wsiadłam na rower i mocniej pedałując prawą nogą dojechałam na działkę rodziców.

Spodziewali się mojego czerwonego gokarta a tu cyk, furtka się otwiera i wchodzę ja. Zziajana nieco, zapocona, ale zadowolona. Bo dokonałam tego. Przejechałam 55 km w niecałe 3 godziny (wliczając w to przerwy). Przywiozłam ciasto i uśmiałam się, gdy patrzyli na to wszystko zdziwieni. Oczywiście chwile po przywitaniu się, wsadziłam stopę do wiadra z lodowatą wodą i opuchlizna zeszła. Nawet mnie ta noga nie bolała jakoś bardzo, za to wieczorem już po powrocie... w nocy obudziłam się z bólu. I dziś boli nadal. Nie daję się jednak. Było super!

A już najbardziej napędzało mnie to, jak inni ludzie wokół mnie twierdzili, że nie dam rady. Nie dojade, żebym sobie dała spokój i odpuściła.

Dzisiaj oprócz bolącej nogi i jednego nadgarstka jest luzik. Ani łydki, ani uda nie bolą. Trochę może plecy od pozycji na rowerze a przede wszystkim od dość ciężkiego plecaka. Jestem hardkorem!

piątek, 16 sierpnia 2013

Co za wspaniała chwila



Siedzę tu  i nie wierzę, że to wszystko miało miejsce. Że poplotkowałyśmy tak swobodnie. Z osobą niemal mi obca, poznana dzięki temu blogowi, choć jeszcze w jego wydaniu onetowym. 

Nie wiem, czy jej tak samo miło i bezstresowo minął czas. Ja czuję się rewelacyjnie. Przez cały ten czas byłam sobą, nie musiałam nikogo udawać. Dopiero teraz potrafię docenić jaki to komfort. Jestem pewna, że nie chce już grać dla mężczyzn. Nie jestem w stanie długo tak ciągnąć, to mnie zabija. Wysysa ze mnie całą energię. 

Lubię taki stan. Muzyka dość głośno, ale wcale nie tak cicho. W głowie szum wina. I czuję się szczęśliwa i zrelaksowana. Za chwilę wyłączę komputer i zamknę oczy. Głowę oprę o wysokie wezgłowie fotela. Stopy położyłam na podnóżku. Wspaniały stan, którego nie miałam od lat. Wszystko, zobowiązania, problemy, plany, potrzeby... to wszystko zostało gdzieś daleko. Do pełnego szczęścia w tej chwili mi brakuje tylko możliwości położenia głowy na ramieniu ukochanego. Bez tego i tak jest świetnie.

Jednocześnie boję się, bo zawsze po takich chwilach euforii, upojenia szczęściem coś się dzieje złego. Może tym razem będzie inaczej...oby.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Spóźnialstwo

Nie toleruję spóźnialstwa. Jak to kiedyś było, że pisało się listy i nie było problemu by się listownie umówić z koleżanką z drugiego końca świata, przyjeżdżała i była. Punktualnie w umówionym miejscu. Tak samo było z erą telefonów stacjonarnych. Człowiek się umówił, poszedł na miejsce spotkania i było wszystko jak być powinno, czyli punktualnie i na miejscu.

Obecnie każdy niemal ma przynajmniej jeden telefon komórkowy. Obrodziło nam samochodów, metra, tramwajów, autobusów. Jest mnóstwo portali internetowych na których można sprawdzić możliwości dojazdu z miejsca na miejsce wybranym środkiem transportu. Co więcej, algorytmy korzystają również z danych o natężeniu ruchu w mieście i potrafią te dane uwzględnić przy podawaniu szacowanego czasu dojazdu.

Nauczono mnie, że nie należy się spóźniać, co więcej, warto przyjść kilka minut przed czasem i tak zwykle staram się robić. W sytuacji gdy mam się spóźnić to dzwonie, że będą za 10 czy 15 czy 30 minut. Nie czuję się wtedy komfortowo, ale szanując cudzy czas, wolę poinformować tą osobę o spóźnieniu. Jednak jestem wyjątkiem. Pośród moich znajomych króluje spóźnialstwo. 30 minut to norma, a spóźnienia rzędu godziny zdarzają się nagminnie.

Może to wynikać z faktu, że skoro pracuję w domu, to niektórym się wydaje, że nic nie mam do roboty i co to jest za różnica czy przyjdą tak jak się umawialiśmy czy godzinę później. Nie myślą o tym, że mam jakieś zobowiązania, że specjalnie dla nich przerywam pracę, kończę myśl i przygotowuję się tu na spotkanie. Czasami coś gotuje, zależy mi aby danie było gorące i świeże, ale to trudne gdy ktoś się zjawia sporo po czasie.

Najgorsze co może być to spotkanie z kimś na mieście. Tkwię w miejscu spotkania analizując ile rzeczy mogłabym w tym czasie zrobić.

Niby drobiazg, ale czas to jedyne czego nikt mi nie zwróci. Nie da się go kupić, wydłużyć, rozciągnąć czy zatrzymać. Tyle rzeczy do zrobienia w życiu, tak mało czasu. Szkoda, że tak niewiele osób to rozumie.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Live aus Berlin again

Rammstein na DVD dobry na wszystko. Live aus Berlin. Słuchawki, które niszczą mój słuch ale mogę się totalnie zmasakrować tą muzyką. wyłączone światło nawet w akwarium. Ciemności tylko obraz i dźwięk. Wentylator chłodzi przegrzane obwody.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zły dzień, zły i upalny

Upał! Poza tym to nie jest dobry dzień. Okazało się, że Jaśnie Pan do czego się dotknął to popsuł. Dzisiaj znowu mnie szlag trafił bo się okazało, że zniszczył moją blokadę na rower. Tak sprytnie ją założył na ramę, że dopiero teraz się zorientowałam. Oczywiście reszty należności za fakturę też nie uiścił. I choć zwykle złość mi szybko mija to dzisiejszy dzień był słaby od wczesnych godzin porannych, a to tylko spotęgowało moją złość.

Z drugiej strony jak sobie przypomnę, jak mu gul skoczył, gdy się dowiedział, że jest zainteresowanie pewnym projektem który realizuję... nie lubię czuć zazdrości, zawiści ani wściekłości, ale tym razem dałam się wyprowadzić z równowagi.

Właściwie to jestem wściekła i rozżalona. Spadł mi dysk zewnętrzny i nie mam dostępu do danych na nim zgromadzonych. Nie mam teraz funduszy by oddać dysk do odzyskiwania danych. Oczywiście, jakby tego było mało, to potrzebuję dysk zewnętrzny do archiwizowania danych każdego dnia i też nie mam na czym tego zrobić. Jak na złość klienci znowu mają opóźnienia w płatnościach.

Serwis roweru nie będzie kosztował 100 zł jak się spodziewałam tylko 270 zł już po zniżkach. Na szczęście Braciak się dołoży, bo to on w znacznej części mi tak sponiewierał rower. Zachował się.

Boss wyprowadził mnie z równowagi bo znowu zaniedbał pewne tematy i teraz na ostatnią chwilę trzeba załatwiać sprawy. Nienawidzę takich historii bo niszczą mój plan dnia. A to jest złe bo sypie się wtedy plan tygodnia, na cito muszę pewne rzeczy przesuwać w kalendarzu.

Grunt, że złość mi prawie przeszła. Pyszna cukinia faszerowana, która sobie przyrządziłam, ukoiła ciało i duszę. Do szczęścia teraz brakuje mi tylko kawałka słodkiego arbuza. I mogłabym biegać, skakać, latać i pływać. O zwłaszcza pływanie w ten upał to byłoby to. Jednak chłodne mieszkanie + wentylator na dokładne i zimne napoje nie są takie złe.

tymczasem wrócę do swoich interfejsów. Wczoraj miałam ogromną wenę i dziś chciałabym ją znowu zwabić przeglądając inspirujące tematy.

piątek, 2 sierpnia 2013

Restauracja z widokiem

Byłam wczoraj w sieciowej restauracji na kolacji ze znajomymi. Dużo czasu minie nim znowu się tam wybiorę gdyż opuścili poziom jeśli chodzi o jedzenie, a trafiło nam się i ciepłe piwo. Na szczęście wymienili to piwo, szkoda jednak że do takich rzeczy w ogóle dochodzi.

Niezwykle meczący był hałas. Zwykle w restauracjach jest szum rozmów, słychać muzykę, ale tym razem był po prostu hałas jak w fabryce. Zmęczyło mnie to strasznie, jednak ostatecznie zostałam dobita tym jak zachowują się inny goście restauracji. Zapomnieli chyba, że miejsce publiczne jednak do czegoś zobowiązuje. O co dokładnie chodzi? A o taki obrazek:


Jeśli lubisz konsumować z widokiem na kibel, to daj znać. Polecę Ci takie miejsce.

Po kilkunastu minutach urocza rodzinka zabrała dziecko i jego kibel z przejścia bo przesiedli się do innego stolika. Na całe szczęście bo chyba bym nie dała rady spokojnie jeść podczas gdy dziecię korzystałoby ze swego tronu.

Rozumiem przyjazność dzieciom pewnych lokali, ale bądźmy też przyjaźni innym konsumentom. Nie jest to apetyczny widok, nawet jeśli kibel ma kształt zadowolonego bałwana.

Rozważania na dwa

Czy wyjść za mąż z rozsądku czy z miłości? Co jest więcej warte w życiu?

Mężczyzna do którego mam słabość, na którego można zawsze liczyć i z którym można porozmawiać o wszystkim i o niczym, pójść na tańce i który się troszczy, ale w strefie erotycznej zupełnie nie pinga?
Czy może jednak facet za którym serce szaleje i seks jest bardzo udany, natomiast liczyć na niego można sporadycznie. Ma dobre serce, ale o wszystko trzeba się prosić, przypominać, bo jest skoncentrowany na sobie?

Pierwszy z nich jest łatwy i przyjemny w życiu codziennym, że tak to określę. Sprzątnie po sobie, po nas. Umie ugotować. Zadbać o dom. Zrobi zakupy i nie trzeba dyrygować palcem. Drugi zawsze miał albo mamę którą sprzątała, albo kobietę która nic nie robiła tylko się zajmowała nim i domem, albo sprzątaczkę lub ogrodnika, itd.

Pierwszy ciepły i towarzyski. Drugi to odludek do tego aspołeczny. Pierwszy rodzinny, drugi nie rozumie o co chodzi w ogóle w bliskości wobec rodziny.

Do pierwszego mam słabość id kilkunastu lat. Właściwie to go kocham tak jak i drugiego i nie mówcie, że nie można kochać dwóch mężczyzn. Można. Trzech pewnie też. Każdego z nich za coś innego. Nie potrafię wybrać. Od lat. 

Pierwszy potrafi dać mi porcję wolności bo sam ma swoje aktywności jak siatkówka czy spotkania. Drugi chce mnie zaanektować tylko dla siebie.

Po tygodniu z pierwszym jestem sfrustrowana bliskością fizyczną, cielesną, bo to zupełnie nie to co lubię. Po tygodniu z drugim jestem sfrustrowana jest egoizmem.

Może jest tak jak mówi moja przyjaciółka - za kilka, kilkanaście lat seks nie będzie ważny...

Może powinnam szukać jeszcze kogoś innego? Tylko czy mam na to siły?

wtorek, 30 lipca 2013

Dzielna nad dzielnymi

Jestem dzielna nad dzielnymi! Z rana ćwiczenia, potem praca i to nie tylko wydajnie ale i koncepcyjnie podziałałam. Pchnęłam sprawy które wisiały nade mną od dwóch tygodni. Zmontowałam pyszny lekki obiad i zasiadłam do lektury dotyczącej marketingu. Przygotowałam recenzję i listę uwag do książki znajomej. Książka choć o coachingu i marketingu to jest wciągająca. Jednym tchem przeczytałam ponad 100 stron robiąc notatki i zapisując swoje spostrzeżenia. Niestety całe mnóstwo literówek i błędów gramatycznych odebrało część przyjemności z lektury. Grunt, że zgłoszone i kolejna wersja będzie poprawiona. Potem poszłam biegać. Uff lekko nie było, ale 5 km za mną. Krasnoludki tudzież kot nawrzucali kamieni do butów ewentualnie wkleili ołowiane płytki w podeszwy. Wyjątkowo ciężko dzisiaj się biegało. Nie miałam siły nadać elastyczności ruchowi, podnosić stóp znad bruku. Po 2 km zaczął boleć staw skokowy. Boli co prawda od dłuższego czasu. Podejrzewam, że znowu chrząstka zaczęła go wypełniać i za jakiś czas może być konieczna artroskopia. Nie ma jednak co gdybać, kondycja to kondycja i żadna głupia chrząstka mi nie przeszkodzi w osiągnięciu celu. A okazja spotkania przystojnego Dohtorka jest miłą wizją.Po bieganiu wypiłam piwo po którym niemal mnie ścięło z nóg. Moja ekonomiczność mnie całkowicie zaskoczyła. Mimo wszystko dotarłam do domu i oddałam się pastowaniu siodła i ogłowia. Jak mogłam tak zapuścić sprzęt?! Na dodatek wczorajsze tarzanie się koniny w siodle, nie wyszło siodłu na dobre. Zresztą mnie też nie co ilustruje wielki krwiak nad kolanem. Cóż... myślenie ma przyszłość. A jeśli nie jestem w formie to lepiej, żeby na konia nie wsiadała.

Powiedzcie mi skąd się bierze tyle agresji w ludziach? Stoję przy kasie w sklepie. Duży dyskont. Przede mną stoją dwie starsze pani. Jedna z nich oparła się o swój wózek który oparł się o plecy kolejnej. Ta nagle się odwraca i puszcza wiązkę do operatorki nieszczęsnego wózka. Emerytki zaczynają na siebie fuczeć, psioczyć, przerzucają się inwektywami. Podczas gdy nic się nie stało. Nikomu nie stała się krzywda, poza zranionym ego. W sumie, to szkoda że nie pobiły sięna bagietki na przykład. To byłoby efektowne. Dwie wściekłe emerytki miotające bagietkami niczym Han Solo mieczem świetlnym. Bagietka rozpirzają kasę, okruchy sypiące się wokół, na pozostałych kolejkowiczów. Łzawiące ślepia kasjera, który przez przypadek dostał krańcem bagietki w oko. Czy Lidle i Biedronki mają ochronę? Bo nie wiem. I ciekawe jak szybko taka ochrona by zareagowała i wyprowadziła lub wyniosła dwie rozbuchane emerytki. Strach się bać w każdym razie.

wtorek, 23 lipca 2013

Okropeczny dzień

W powietrzu tlenu było dzisiaj jakby mniej niż zwykle. Nic, absolutnie nic dzisiaj nie zrobiłam. Nic nie uszyłam, nic nie sprzątnęłam, nic nie narysowałam. Mimo wielu prób. Zwykle wieczorem wena wraca i zrobię coś, ale dzisiaj nawet na to nie mam sił.

Czytam książkę która napisała znajoma i podesłała mi do recenzji. Czytam czytam inie wiem o czym czytam. Jedno, że książka napisana jest stylem który mi zupełnie nie odpowiada. Drugie, to próba uczenia/szkolenia ludzi poprzez powieść.Niestety dziewczyna się gubi w formach gramatycznych, nie wstawia przecinków tam gdzie one powinny być i w efekcie ze zdania wynika coś innego niż to co chciała przekazać autorka. Ciężko się to czyta.

Dziewczę od dzierżawy koniny się zdecydowało. Ciężka sprawa. Jest bardzo pewna swoich umiejętności, a są one marne. Przerost formy nad treścią. Jest tak pewna siebie, że przyjechała by wsiąść na obcego konia, ale kasku nie zabrała. Pytam gdzie ma kask, a ona że nie ma. Dodam, że dziewczyna podobno trenowała skoki i miała swojego konia jeszcze do niedawna. własne wycacane nowe autko, firmowy telefon, jednak rozumu nie wystarczyło żeby zaopatrzyć się w kask. To proszenie się o kłopoty. Podjęłam decyzję, że od początku wprowadzam moje zasady. Mój koń więc będzie po mojemu. Jeśli dziewczynie się wydaje, że u mnie to jak z nauką w szkole jazdy samochodem, przychodzę, ktoś konia wyczyści, wsiadam na konia, jeżdżę, zsiadam i niech się ktoś koniem zajmie... o to nie u mnie takie numery. A to dziewczę ma takie zapędy. Mam nadzieje, że jest reformowalne i będziemy miały radość, ona z doskonalenia umiejętności, a ja z tego, że ona robi postępy.

Idę zaraz spać. Musze się wziąć za siebie jutro od rana. Póki co skończę oglądać Borewicza. Jego mądrości życiowe zwalają z nóg!

Turyści i dzieci

Mam dziś kiepski humor, dodatkowo popsuty przez turystów. Dzwoni sporo osób, żeby popytać o wolne miejsca. Każdemu udzielam gruntownej informacji bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy miał ochotę dokładnie przeczytać informacje na stronie internetowej. Nie mam nikomu tego za złe. Poopowiadam i jest miło. Zwykle. Po ostatnio spotkało mnie sporo niekomfortowych sytuacji.

Zadzwoniła Pani z dzieckiem w wieku 3 lat. Dla dzieci w tym wieku oferujemy zniżkę 50%. Pani stwierdziła, że przecież dziecko będzie spało z nią w łóżku więc nic się nie należy. Za wyżywienie też nie, bo maluch zje z nią z jednego talerza. I co ja mam takiej pani powiedzieć? Ciśnie mis ię na usta czy nie będzie kąpać dzieciaka? Czy zje pól swojej porcji by resztę dziecko zjadło? Czy nie bedzie brała dokładek? Czy nie będzie wyrzucac buteleczek po napojach dziecięcych? Nie bedzie bawić syna na huśtawkach i piaskownicy?
Turyści zapominają, że opłata za nocleg to nie jest tylko kwestia wyprania pościeli. To sprzątanie, to amortyzacja obiektu, to opłata za udostępnienie atrakcji obiektu a więc i ogrodu i zaplecza dla dzieci.

W przypadku dzieci w okolicach 1,5 roku rodzice nie chca płacić stawki za wyżywienie. To tylko 25% zwykłej stawki. Tłumaczą się tym, że dziecko niewiele je, plasterek wędliny, bułeczkę, troszkę zupki. I właśnie te 25% prawie pokrywa ten plasterek wędliny i bułeczkę.

Prawda jest taka, że gdy mamy dzieci w wieku do lat 5 w obiekcie to jest dużo więcej sprzątania. Dzieci kruszą, roznoszą dekoracje i wyposażenie domu po terenie obiektu. Generują tez mnóstwo śmieci bo dzieciom serwuje się jogurty, serki homogenizowane. Kąpiel dziecka trwa znacznie dłużej niż dorosłego. Koszty rosną. Niektórym turystom się wydaje, że nie ubędzie mi jak ich dziecko będzie gratis. Niestety pracownikom płace prowizję od każdej obsłuzonej osoby więc to musiałabym wyłożyć ze swojej kieszeni. Poza tym, dzieci stanowią około 1/3 naszych gości. gdybym jednym odpuściła to i kolejnym powinnam podarować płatnośc za dziecko. Biznes wtedy robi się bardzo niekorzystny.

Goście z dziećmi nie zdają sobie sprawy z jeszcze jednej kwestii. Znaczna część turystów rezygnuje z przyjazdu dowiadując się, że są rodziny z dziećmi. Co więcej, spotkałam się już kilkukrotnie z tym, że jedna dzieciata rodzina wścieka się na druga dzieciatą rodzinę, że dzieci hałasują gdy ich berbecie chcą spać.  Tamci z kolei narzekają, że tamte smarkacze budzą ich o 6 rano, podczas gdy ich pociechy najgrzeczniej na świecie śpią. Tego to już zupełnie nie rozumiem. Cóż jednak poradzić na brak wyrozumiałości w ludziach...

Obsługa klienta w turystyce to niewdzięczna robota. Zwykle udaje mi się zarazić dzwoniących entuzjazmem. Rozmówcy generują problemy, szaleją z wymaganiami i oczekiwaniami, a my staramy się je spełniać. Wcześniejszy obiad, późna kolacja, dodatkowy ręcznik, koc dla dziecka, pokój z tarasem, dodatkowe łóżko, wydłużenie doby hotelowej... nie ma problemu. Ale to i tak za mało dla niektórych.

Gdyby nie telefony takie jak w niedzielę, gdy wyjeżdżający goście dzwonią z podziękowaniami, wychwalają pyszne jedzenie i przemiłą obsługę, to chyba bym zwariowała. Miło gdy goście wracają. Wpisują się do księgi gości i w zachwycający sposób wyrażają się o naszej pracy i obiekcie. To cieszy i zaciera złe wrażenia jakie pozostają niektórzy ludzie. Wszystkim gościom dziękuję za przyjazd. Staramy się by było coraz lepiej i wygodniej dla Was. A tym marudzącym życzę by przyjechali do nas, odpoczęli i nabrali dystansu do życia.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Niedzielny spacerek

Wczorajsze spotkanie z kuzynką było jednym z najmilszych w ostatnim czasie. Dawno nie czułam się tak komfortowo w towarzystwie ludzi z którymi kontakt mam sporadyczny. Momentalnie zniknęły bariery, również te językowe, bo mąż kuzynki jest amerykaninem. Niezwykłe jest to, jak oni do siebie pasują. jak się dogadują, jacy są wyrozumiali i mili w stosunku do siebie jak i do obcych ludzi. Nie generują problemów tam gdzie ich nie ma. Wierzą w to, że mogą wszystko osiągnąć i powoli zdążają ku wyznaczonym celom.

Spotkania z takimi osobami są niezwykle motywujące. Słuchasz ich rozmów, spokoju w głosie, sposobów pokonywania problemów na spokojnie, rozsądnie i razem. Nawet jeśli on jest daleko, to duchem jest przy swojej drugiej połowie. Służy swoim doświadczeniem, rozsądkiem. Nie trzeba się szarpać ze sobą i z życiem. Można powoli, niewielkimi kroczkami, bez napinania się, dojść do celu.

Można się uśmiechać każdego dnia, nawet jeśli nie wszystko idzie wg planu. Mimo iż wokół choroba bliskich, problemy w pracy czy upierdliwi sąsiedzi. Można zachować pogodę ducha i pozytywne nastawienie.

A z innej beczki to doba jest za krótka. Mam tyle zaproszeń od znajomych, a jednocześnie tak dużo rzeczy do zrobienia w pracy i w domu, że nie jestem w stanie wszystkiego pogodzić. Ale coś wymyślę na to :)

Tymczasem odpalam wrotki do moich ikon i projektów ekranów.

niedziela, 21 lipca 2013

Ciekawe zjawisko czyli Jaśnie Pan po raz kolejny

Jaśnie Pan zadzwonił do mnie w poniedziałek. Rozmowa była na luzie, o sprawach bieżących prywatnych i zawodowych. Zostawiła po sobie przyjemne wrażenia. We wtorek Jaśnie Pan przysłał smsa, że chciałby się wprosić na herbatę.  Zapytałam o powód wizyty. Miała być to wizyta czysto towarzyska.  Zgodziłam się. Zapytał czy może być około 21. Ok. Niech będzie. Cieszył się na tą okoliczność i podkreślił, że znowu jest normalnie i miło.

Nie było go ani o 21, ani o 22. O północy też go nie było. Nie mogę powiedzieć żebym się tym przejęła bo byłam zajęta pracą. Jednak dobrze czasem wiedzieć czy gość się zjawi. Ja oczywiście jeszcze się zastanawiać czy się coś nie wydarzyło. A może chory. Albo jakieś kłopoty czy sprawy wyniknely. Niespecjalnie analizowalam ten przypadek.

W sobotni wieczór trafiłam w internecie na  projekt, który żywo by zainteresował Jaśnie Pana. Szukam go ba fejsie i chcę wstawić link na tablicę a tu zonk. Już nie jesteśmy znajomymi.  Hmm... ktoś inny mógłby się pociąć. Przeszlam nad tym do porządku dziennego, a właściwie nocnego.

Zastanawia mnie jednak co się w jego głowie dzieje. To nie pierwszy raz jak dorośli mężczyźni po tym jak dostaną kosza ode mnie, zaczynają się zachowywać irracjonalnie. Jak dzieci. Brakuje tylko żeby jeden z drugim rzucili się na ziemię i uderzając piąstkami wyli, jak mogłam im to zrobić. Kolejny raz mężczyzna (czy mężczyzna do człowiek, hihihi, żarcik taki) wysyła sprzeczne sygnały.

Nie rozumiem o co chodzi. Czy spietral się, że przyjdzie i uczucia odżyją? A może to była tylko taka gra, żeby mnie podpuścić? Albo przypomniał sobie ze jest mi winien pieniądze, zawrotną sumę 7 złotych i w obawie, że każe mu oddać,  uciekł spod drzwi?

Jakby nie patrzeć to ciekawe zjawisko.

wtorek, 16 lipca 2013

Po amerykańsku, wszystko OK

Nie dam rady ani dnia dłużej. Moja matka mnie wykończy. Skończę w wariatkowie z załamaniem nerwowym. Dzisiaj kolejna afera. Zadzwoniłam że przyjeżdża moja kuzynka z USA w niedzielę i chciałaby się spotkać z moimi rodzicami jeśli akurat będą w Warszawie. Matka wycedziła z przekąsem, że mogłabym znaleźć w końcu trochę czasu i poświęcić go rodzinie.

Odwołałam wyjazd na zgrupowanie w ten weekend bo umówiłam się z Asią i Philem, że ich oprowadzę po Warszawie. W poniedziałek i wtorek podobnie, a potem w razie potrzeby odstawię ich na lotnisko czy pociąg bo nie wiem jakie mają dalsze plany podróżne.

Matka jednak wie lepiej, że nie mam czasu. Bo przecież nie miałam czasu pojechać z psem do weterynarza. A jak pisałam to nie kwestia tego, że nie miałam czasu. nie mogłam wsiąśc za kierownicę poprostu. Mogłam być za pól godziny tramwajem, mógł tata po mnie przyjechać, to tylko 10 minut autem. Do mojego brata oczywiście nie zadzwoniła nawet chociaż to chłopa prawie 190 cm wzrostu, 120 kg i pakujący na siłowni.

Jestem na każde jej zawołanie. Chce jechać na zakupy - jestem. Chce żeby jej coś załatwić - załatwiam. Chce pogadać - przyjeżdżam albo dzwonię. Odbieram ją od lekarzy, kupujęleki, suplementy, sprawdzam informacje w internecie, badam temat we własnym zakresie, wysyłam radosne emaile, żeby ja podnieśc na duchu.

Ktokolwiek przyjeżdża do Warszawy to znajduję czas by zabawiać gości. Zawsze mam czas żeby coś komuś sprawdzić, załatwić. Zawsze mam czas by odebrać telefon i porozmawiać, pocieszyć innych.

Zwykle to wszystko odbywa się moim kosztem. Mojego snu. Moich emocji. mojego czasu wolnego. Sypiam niewiele żeby mieć czas dla rodziny i pracy. Trenuję coraz mniej, nieregularnie bo co chwila coś wypada. Albo jestem w takim stanie psychicznym że nie jestem w stanie wsiąść na konia.

To jedyne miejsce gdzie piszę co na prawdę mnie boli, co we mnie siedzi. Jest jeszcze jedna osoba daleko, której referuję czasem co się dzieje. Poza tym zamknęłam się w sobie bo nie jestem w stanie inaczej funkcjonować. Gdybym nie zbudowała tego muru wokół siebie to bym wybuchała złością co chwila albo ryczała.

Ktoś napisał mi wczoraj, że jestem Dr Jekyll i Mr Hyde. Tak. Kto mnie zna face-to-face nie uwierzyłby w to co się ze mną dzieje. Jak jestem smutną i zdruzgotaną osobą. Bo na co dzień jestem uśmiechnięta, służąca dobrym słowem, pomocą. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że jestem w czarnej dupie. Sama. Z Matką która zawsze była toksyczna a teraz jest spotęgowana przez raka i walkę z choróbskiem. Zatroskana o Ojca, z którym zawsze byłam bliżej niż z Matką. A on się bardzo martwi o Matkę i ma mnóstwo roboty i zajęć z tego powodu. Jestem przygnieciona odpowiedzialnością za firmy i pracowników, a mamy potężny kryzys i jest ciężko. Jestem umęczona moimi problemami zdrowotnymi, które wynikają przede wszystkim z życia w ogromnym stresie.  Jestem samotna, bo mężczyźni którzy wokół mnie się pojawiali byli zbyt skoncentrowani na sobie by mnie zauważyć. Traktowali jak dopełnienie swojego żywota.

Jestem wykończona. Mam dość. Jestem twarda. Nie płaczę bo klienci nie mogą przez telefon usłyszeć, że nie jestem w formie. Jest po amerykańsku, wszystko OK.

Niedziela dniem pana w czapie

Niedziela zwykle jest dniem wyjazdu w teren.Nim jednak dosiądę rumaczycy i ruszę w dzikie ostępy, muszę dojechać gokartem do stajni. Od domu do stajni mam jakieś 10-12 km, także bliziutko. Nawet w dużym ruchu popołudniami jadę do stajni nie dłużej niż 20-25 minut. W Niedzielę delektuję się pustymi ulicami. Muza w gokarcie wyje, czerwona strzała cichutko (gdyby nie radio) przemyka ulicami. Schowana za okularami przeciwsłonecznymi  uśmiecham się i podśpiewuje od czasu do czasu. Istna sielanka do czasu. Pan w Czapie  postanawia wjechać w drzwi gokarta. Ot tak. Bo przypomniało mu się, że chciał skręcić w lewo. To, że jedzie prawy pasem, a ja lewym to w niczym mu nie przeszkadza. Po prostu skręca. W drzwi. Brudne bo brudne, ale bez zadrapań! Hamuję z piskiem opon i wściekłością, bo właśnie leciał refren i mogłam się drzeć w niebogłosy, a tu taka kiszka. Właściwie to tylko Pan w Czapie. Powaga, facet w kapeluszu za kierownicą Skody.

Odetchnęłam i jadę dalej. Nie dalej jak 3 km od domu zaczynam wątpić w rozsądek ludzki. Dwa pasy. Pan jedzie środkiem. Nie uwierzycie, to znowu Pan w Czapie. Gościu w jakimś kapelutku za kierownicą wielkiej Hondy. Honda stara, ale ma aspiracje na krążownik szos. Tyle że w centrum Warszawy nie mamy szos, mamy ulice! Pan w Czapie - pogromca szos i ulic! Jadę za nim powoli, bo oczywiście jedzie z prędkością spacerowa. W końcu słonko świeci, ptaszek świergoli, a on, Pan w Czapie jedzie kolubryna która wyciąga z garażu tylko w niedzielę. Ktoś nie wytrzymuje i trąbi na Pan w Czapie. Ten nieśpiesznie zjeżdża na prawy pas nie zmieniając prędkości nawet o ułamek kilometra na godzinę.

Kolejny kilometr za mną i skrzyżowanie ze światłami. Zielone radośnie mnie pozdrawia spod lekko skrzywionego daszku. Pewnie czterdziestotonowy zestaw nie zmieścił się w zakręcie i zdefasonował okrągłość sygnalizatorowych daszków. Toczę się przez skrzyżowanie i po chwili mam ochotę zawrócić, uciec. Z prawej strony, niczym nie zrażony, a już z pewnością nie przejmujący się czerwonym światłem, wtacza się na skrzyżowanie Fiat Punto. Za kierownicą siedzi oburzony Pan. Oburzony bo zapomniał swojej czapy i nie ma czym wymachiwać na mnie, by wygonić mnie ze skrzyżowania, jak przegania się muchy. Mnie się zrobiło słabo, bo punciak celuje w drzwi. W te, które chwile wcześniej udało mi się ocalić. Dodaję gazu by się ewakuować sprzed okrągłego noska fiacika. Udało się, ale kolana mam miękkie. Wycedziłam kilka niecenzuralnych słów. Niewiele to pomogło. Jadę dalej i zamiast wypełniać gokarta wrzaskiem do wtóru z Tillem, to klnę na czym świat stoi. Szybko moją uwagę odwraca człowiek który wsiadając do samochodu zaparkowanego na chodniku, robi to tak sprytnie że obija mi drzwi. Lekko puknał, nie mniej mnie witki opadły. Uwzięli się czy jak. Nawet chwilę się śmiałam bo koles który mi te drzwi obił na głowie miał elegancką czapę. Z daszkiem.


piątek, 12 lipca 2013

Biały

Musieliśmy dzisiaj uśpić psa. Ten dzień był marny, ale teraz jest makabryczny. Biały swoje przeżył. 16 lat. Od ponad roku miał problemy ze stawami, ale jak się pojawiałam u rodziców to skakał i biegał z radości. Miał prawie zawsze uśmiechnięty pysk. Oczy i nosek jak węgielki. Wczoraj nie miał już siły nawet zamerdać ogonkiem gdy przyszłam. Dzisiaj było z nim już bardzo źle. Okazało się, że żołądek odmówił współpracy. Nerki od kilku dni słabiutko pracowały. Nie dawał rady już chodzić mimo sterydowych zastrzyków na kręgosłup.

Już nie mam siły. Co jeszcze się przydarzy?

czwartek, 11 lipca 2013

Urocza rozmowa z szefem zespołu

Rozmowa z właścicielem firmy, który jednocześnie jest szefem zespołu programistów:
On: Nic nie robisz, nie ma zleceń, firma leży!!!
Ja: Przecież załatwiam klientów, ale nie odpowiadasz na emaile.
On: Jakie emaile?! To Ty masz robić oferty.
Ja: Przecież robię oferty. Wysłałam ci prośbę o oszacowanie nakładów pracy, bo nie wiem ile to może zająć czasu.
On: Ty masz przygotowywać oferty, a kwoty to sobie potem wpiszemy.
Ja: Przecież przygotowałam ofertę i potrzebuje tylko kwotę i terminy realizacji.
On: Takie rzeczy to powinien ci podawać handlowiec-specjalista od systemów it, a takim specem jesteś ty.
Ja: Tak jestem o ile są to starnadrdowe zapytania. A gdy pojawia się coś nowego to wolę się skonsultowac z szefem programistów, czyli tobą, żeby się nie przestrzelić.
On: Zawracasz mi głowę. Masz przygotować ofertę a kwotę wpisze się później.
Ja: ... (para buchnęła mi uszami)... przecież przygotowałam i potrzebuję kwoty i termin realizacji!
On: To czego ty chcesz ode mnie?
Ja: (kilka głębokich wdechów) Czy ja w ogóle mam robić marketing tej firmy i szukac klientów, czy jednak mam sobie odpuścić bo nie mogę liczyć na wsparcie i współpracę?
On: Tak masz szukać klientów!

Ta oferta już przepadła. Dzisiaj mam kolejne zapytanie do którego właśnie przygotowuję ofertę. Na szczęście robiłam już kiedyś coś podobnego więc tylko zwaloryzuję kwoty i zaktualizuję koszt map.
Teraz jednak idę po herbatę z melisy. Muszę się wytonować, bo pójdę i mu natłukę. Na prawdę nie wiem czy moja współpraca z tą firma ma sens.