wtorek, 30 lipca 2013

Dzielna nad dzielnymi

Jestem dzielna nad dzielnymi! Z rana ćwiczenia, potem praca i to nie tylko wydajnie ale i koncepcyjnie podziałałam. Pchnęłam sprawy które wisiały nade mną od dwóch tygodni. Zmontowałam pyszny lekki obiad i zasiadłam do lektury dotyczącej marketingu. Przygotowałam recenzję i listę uwag do książki znajomej. Książka choć o coachingu i marketingu to jest wciągająca. Jednym tchem przeczytałam ponad 100 stron robiąc notatki i zapisując swoje spostrzeżenia. Niestety całe mnóstwo literówek i błędów gramatycznych odebrało część przyjemności z lektury. Grunt, że zgłoszone i kolejna wersja będzie poprawiona. Potem poszłam biegać. Uff lekko nie było, ale 5 km za mną. Krasnoludki tudzież kot nawrzucali kamieni do butów ewentualnie wkleili ołowiane płytki w podeszwy. Wyjątkowo ciężko dzisiaj się biegało. Nie miałam siły nadać elastyczności ruchowi, podnosić stóp znad bruku. Po 2 km zaczął boleć staw skokowy. Boli co prawda od dłuższego czasu. Podejrzewam, że znowu chrząstka zaczęła go wypełniać i za jakiś czas może być konieczna artroskopia. Nie ma jednak co gdybać, kondycja to kondycja i żadna głupia chrząstka mi nie przeszkodzi w osiągnięciu celu. A okazja spotkania przystojnego Dohtorka jest miłą wizją.Po bieganiu wypiłam piwo po którym niemal mnie ścięło z nóg. Moja ekonomiczność mnie całkowicie zaskoczyła. Mimo wszystko dotarłam do domu i oddałam się pastowaniu siodła i ogłowia. Jak mogłam tak zapuścić sprzęt?! Na dodatek wczorajsze tarzanie się koniny w siodle, nie wyszło siodłu na dobre. Zresztą mnie też nie co ilustruje wielki krwiak nad kolanem. Cóż... myślenie ma przyszłość. A jeśli nie jestem w formie to lepiej, żeby na konia nie wsiadała.

Powiedzcie mi skąd się bierze tyle agresji w ludziach? Stoję przy kasie w sklepie. Duży dyskont. Przede mną stoją dwie starsze pani. Jedna z nich oparła się o swój wózek który oparł się o plecy kolejnej. Ta nagle się odwraca i puszcza wiązkę do operatorki nieszczęsnego wózka. Emerytki zaczynają na siebie fuczeć, psioczyć, przerzucają się inwektywami. Podczas gdy nic się nie stało. Nikomu nie stała się krzywda, poza zranionym ego. W sumie, to szkoda że nie pobiły sięna bagietki na przykład. To byłoby efektowne. Dwie wściekłe emerytki miotające bagietkami niczym Han Solo mieczem świetlnym. Bagietka rozpirzają kasę, okruchy sypiące się wokół, na pozostałych kolejkowiczów. Łzawiące ślepia kasjera, który przez przypadek dostał krańcem bagietki w oko. Czy Lidle i Biedronki mają ochronę? Bo nie wiem. I ciekawe jak szybko taka ochrona by zareagowała i wyprowadziła lub wyniosła dwie rozbuchane emerytki. Strach się bać w każdym razie.

wtorek, 23 lipca 2013

Okropeczny dzień

W powietrzu tlenu było dzisiaj jakby mniej niż zwykle. Nic, absolutnie nic dzisiaj nie zrobiłam. Nic nie uszyłam, nic nie sprzątnęłam, nic nie narysowałam. Mimo wielu prób. Zwykle wieczorem wena wraca i zrobię coś, ale dzisiaj nawet na to nie mam sił.

Czytam książkę która napisała znajoma i podesłała mi do recenzji. Czytam czytam inie wiem o czym czytam. Jedno, że książka napisana jest stylem który mi zupełnie nie odpowiada. Drugie, to próba uczenia/szkolenia ludzi poprzez powieść.Niestety dziewczyna się gubi w formach gramatycznych, nie wstawia przecinków tam gdzie one powinny być i w efekcie ze zdania wynika coś innego niż to co chciała przekazać autorka. Ciężko się to czyta.

Dziewczę od dzierżawy koniny się zdecydowało. Ciężka sprawa. Jest bardzo pewna swoich umiejętności, a są one marne. Przerost formy nad treścią. Jest tak pewna siebie, że przyjechała by wsiąść na obcego konia, ale kasku nie zabrała. Pytam gdzie ma kask, a ona że nie ma. Dodam, że dziewczyna podobno trenowała skoki i miała swojego konia jeszcze do niedawna. własne wycacane nowe autko, firmowy telefon, jednak rozumu nie wystarczyło żeby zaopatrzyć się w kask. To proszenie się o kłopoty. Podjęłam decyzję, że od początku wprowadzam moje zasady. Mój koń więc będzie po mojemu. Jeśli dziewczynie się wydaje, że u mnie to jak z nauką w szkole jazdy samochodem, przychodzę, ktoś konia wyczyści, wsiadam na konia, jeżdżę, zsiadam i niech się ktoś koniem zajmie... o to nie u mnie takie numery. A to dziewczę ma takie zapędy. Mam nadzieje, że jest reformowalne i będziemy miały radość, ona z doskonalenia umiejętności, a ja z tego, że ona robi postępy.

Idę zaraz spać. Musze się wziąć za siebie jutro od rana. Póki co skończę oglądać Borewicza. Jego mądrości życiowe zwalają z nóg!

Turyści i dzieci

Mam dziś kiepski humor, dodatkowo popsuty przez turystów. Dzwoni sporo osób, żeby popytać o wolne miejsca. Każdemu udzielam gruntownej informacji bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy miał ochotę dokładnie przeczytać informacje na stronie internetowej. Nie mam nikomu tego za złe. Poopowiadam i jest miło. Zwykle. Po ostatnio spotkało mnie sporo niekomfortowych sytuacji.

Zadzwoniła Pani z dzieckiem w wieku 3 lat. Dla dzieci w tym wieku oferujemy zniżkę 50%. Pani stwierdziła, że przecież dziecko będzie spało z nią w łóżku więc nic się nie należy. Za wyżywienie też nie, bo maluch zje z nią z jednego talerza. I co ja mam takiej pani powiedzieć? Ciśnie mis ię na usta czy nie będzie kąpać dzieciaka? Czy zje pól swojej porcji by resztę dziecko zjadło? Czy nie bedzie brała dokładek? Czy nie będzie wyrzucac buteleczek po napojach dziecięcych? Nie bedzie bawić syna na huśtawkach i piaskownicy?
Turyści zapominają, że opłata za nocleg to nie jest tylko kwestia wyprania pościeli. To sprzątanie, to amortyzacja obiektu, to opłata za udostępnienie atrakcji obiektu a więc i ogrodu i zaplecza dla dzieci.

W przypadku dzieci w okolicach 1,5 roku rodzice nie chca płacić stawki za wyżywienie. To tylko 25% zwykłej stawki. Tłumaczą się tym, że dziecko niewiele je, plasterek wędliny, bułeczkę, troszkę zupki. I właśnie te 25% prawie pokrywa ten plasterek wędliny i bułeczkę.

Prawda jest taka, że gdy mamy dzieci w wieku do lat 5 w obiekcie to jest dużo więcej sprzątania. Dzieci kruszą, roznoszą dekoracje i wyposażenie domu po terenie obiektu. Generują tez mnóstwo śmieci bo dzieciom serwuje się jogurty, serki homogenizowane. Kąpiel dziecka trwa znacznie dłużej niż dorosłego. Koszty rosną. Niektórym turystom się wydaje, że nie ubędzie mi jak ich dziecko będzie gratis. Niestety pracownikom płace prowizję od każdej obsłuzonej osoby więc to musiałabym wyłożyć ze swojej kieszeni. Poza tym, dzieci stanowią około 1/3 naszych gości. gdybym jednym odpuściła to i kolejnym powinnam podarować płatnośc za dziecko. Biznes wtedy robi się bardzo niekorzystny.

Goście z dziećmi nie zdają sobie sprawy z jeszcze jednej kwestii. Znaczna część turystów rezygnuje z przyjazdu dowiadując się, że są rodziny z dziećmi. Co więcej, spotkałam się już kilkukrotnie z tym, że jedna dzieciata rodzina wścieka się na druga dzieciatą rodzinę, że dzieci hałasują gdy ich berbecie chcą spać.  Tamci z kolei narzekają, że tamte smarkacze budzą ich o 6 rano, podczas gdy ich pociechy najgrzeczniej na świecie śpią. Tego to już zupełnie nie rozumiem. Cóż jednak poradzić na brak wyrozumiałości w ludziach...

Obsługa klienta w turystyce to niewdzięczna robota. Zwykle udaje mi się zarazić dzwoniących entuzjazmem. Rozmówcy generują problemy, szaleją z wymaganiami i oczekiwaniami, a my staramy się je spełniać. Wcześniejszy obiad, późna kolacja, dodatkowy ręcznik, koc dla dziecka, pokój z tarasem, dodatkowe łóżko, wydłużenie doby hotelowej... nie ma problemu. Ale to i tak za mało dla niektórych.

Gdyby nie telefony takie jak w niedzielę, gdy wyjeżdżający goście dzwonią z podziękowaniami, wychwalają pyszne jedzenie i przemiłą obsługę, to chyba bym zwariowała. Miło gdy goście wracają. Wpisują się do księgi gości i w zachwycający sposób wyrażają się o naszej pracy i obiekcie. To cieszy i zaciera złe wrażenia jakie pozostają niektórzy ludzie. Wszystkim gościom dziękuję za przyjazd. Staramy się by było coraz lepiej i wygodniej dla Was. A tym marudzącym życzę by przyjechali do nas, odpoczęli i nabrali dystansu do życia.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Niedzielny spacerek

Wczorajsze spotkanie z kuzynką było jednym z najmilszych w ostatnim czasie. Dawno nie czułam się tak komfortowo w towarzystwie ludzi z którymi kontakt mam sporadyczny. Momentalnie zniknęły bariery, również te językowe, bo mąż kuzynki jest amerykaninem. Niezwykłe jest to, jak oni do siebie pasują. jak się dogadują, jacy są wyrozumiali i mili w stosunku do siebie jak i do obcych ludzi. Nie generują problemów tam gdzie ich nie ma. Wierzą w to, że mogą wszystko osiągnąć i powoli zdążają ku wyznaczonym celom.

Spotkania z takimi osobami są niezwykle motywujące. Słuchasz ich rozmów, spokoju w głosie, sposobów pokonywania problemów na spokojnie, rozsądnie i razem. Nawet jeśli on jest daleko, to duchem jest przy swojej drugiej połowie. Służy swoim doświadczeniem, rozsądkiem. Nie trzeba się szarpać ze sobą i z życiem. Można powoli, niewielkimi kroczkami, bez napinania się, dojść do celu.

Można się uśmiechać każdego dnia, nawet jeśli nie wszystko idzie wg planu. Mimo iż wokół choroba bliskich, problemy w pracy czy upierdliwi sąsiedzi. Można zachować pogodę ducha i pozytywne nastawienie.

A z innej beczki to doba jest za krótka. Mam tyle zaproszeń od znajomych, a jednocześnie tak dużo rzeczy do zrobienia w pracy i w domu, że nie jestem w stanie wszystkiego pogodzić. Ale coś wymyślę na to :)

Tymczasem odpalam wrotki do moich ikon i projektów ekranów.

niedziela, 21 lipca 2013

Ciekawe zjawisko czyli Jaśnie Pan po raz kolejny

Jaśnie Pan zadzwonił do mnie w poniedziałek. Rozmowa była na luzie, o sprawach bieżących prywatnych i zawodowych. Zostawiła po sobie przyjemne wrażenia. We wtorek Jaśnie Pan przysłał smsa, że chciałby się wprosić na herbatę.  Zapytałam o powód wizyty. Miała być to wizyta czysto towarzyska.  Zgodziłam się. Zapytał czy może być około 21. Ok. Niech będzie. Cieszył się na tą okoliczność i podkreślił, że znowu jest normalnie i miło.

Nie było go ani o 21, ani o 22. O północy też go nie było. Nie mogę powiedzieć żebym się tym przejęła bo byłam zajęta pracą. Jednak dobrze czasem wiedzieć czy gość się zjawi. Ja oczywiście jeszcze się zastanawiać czy się coś nie wydarzyło. A może chory. Albo jakieś kłopoty czy sprawy wyniknely. Niespecjalnie analizowalam ten przypadek.

W sobotni wieczór trafiłam w internecie na  projekt, który żywo by zainteresował Jaśnie Pana. Szukam go ba fejsie i chcę wstawić link na tablicę a tu zonk. Już nie jesteśmy znajomymi.  Hmm... ktoś inny mógłby się pociąć. Przeszlam nad tym do porządku dziennego, a właściwie nocnego.

Zastanawia mnie jednak co się w jego głowie dzieje. To nie pierwszy raz jak dorośli mężczyźni po tym jak dostaną kosza ode mnie, zaczynają się zachowywać irracjonalnie. Jak dzieci. Brakuje tylko żeby jeden z drugim rzucili się na ziemię i uderzając piąstkami wyli, jak mogłam im to zrobić. Kolejny raz mężczyzna (czy mężczyzna do człowiek, hihihi, żarcik taki) wysyła sprzeczne sygnały.

Nie rozumiem o co chodzi. Czy spietral się, że przyjdzie i uczucia odżyją? A może to była tylko taka gra, żeby mnie podpuścić? Albo przypomniał sobie ze jest mi winien pieniądze, zawrotną sumę 7 złotych i w obawie, że każe mu oddać,  uciekł spod drzwi?

Jakby nie patrzeć to ciekawe zjawisko.

wtorek, 16 lipca 2013

Po amerykańsku, wszystko OK

Nie dam rady ani dnia dłużej. Moja matka mnie wykończy. Skończę w wariatkowie z załamaniem nerwowym. Dzisiaj kolejna afera. Zadzwoniłam że przyjeżdża moja kuzynka z USA w niedzielę i chciałaby się spotkać z moimi rodzicami jeśli akurat będą w Warszawie. Matka wycedziła z przekąsem, że mogłabym znaleźć w końcu trochę czasu i poświęcić go rodzinie.

Odwołałam wyjazd na zgrupowanie w ten weekend bo umówiłam się z Asią i Philem, że ich oprowadzę po Warszawie. W poniedziałek i wtorek podobnie, a potem w razie potrzeby odstawię ich na lotnisko czy pociąg bo nie wiem jakie mają dalsze plany podróżne.

Matka jednak wie lepiej, że nie mam czasu. Bo przecież nie miałam czasu pojechać z psem do weterynarza. A jak pisałam to nie kwestia tego, że nie miałam czasu. nie mogłam wsiąśc za kierownicę poprostu. Mogłam być za pól godziny tramwajem, mógł tata po mnie przyjechać, to tylko 10 minut autem. Do mojego brata oczywiście nie zadzwoniła nawet chociaż to chłopa prawie 190 cm wzrostu, 120 kg i pakujący na siłowni.

Jestem na każde jej zawołanie. Chce jechać na zakupy - jestem. Chce żeby jej coś załatwić - załatwiam. Chce pogadać - przyjeżdżam albo dzwonię. Odbieram ją od lekarzy, kupujęleki, suplementy, sprawdzam informacje w internecie, badam temat we własnym zakresie, wysyłam radosne emaile, żeby ja podnieśc na duchu.

Ktokolwiek przyjeżdża do Warszawy to znajduję czas by zabawiać gości. Zawsze mam czas żeby coś komuś sprawdzić, załatwić. Zawsze mam czas by odebrać telefon i porozmawiać, pocieszyć innych.

Zwykle to wszystko odbywa się moim kosztem. Mojego snu. Moich emocji. mojego czasu wolnego. Sypiam niewiele żeby mieć czas dla rodziny i pracy. Trenuję coraz mniej, nieregularnie bo co chwila coś wypada. Albo jestem w takim stanie psychicznym że nie jestem w stanie wsiąść na konia.

To jedyne miejsce gdzie piszę co na prawdę mnie boli, co we mnie siedzi. Jest jeszcze jedna osoba daleko, której referuję czasem co się dzieje. Poza tym zamknęłam się w sobie bo nie jestem w stanie inaczej funkcjonować. Gdybym nie zbudowała tego muru wokół siebie to bym wybuchała złością co chwila albo ryczała.

Ktoś napisał mi wczoraj, że jestem Dr Jekyll i Mr Hyde. Tak. Kto mnie zna face-to-face nie uwierzyłby w to co się ze mną dzieje. Jak jestem smutną i zdruzgotaną osobą. Bo na co dzień jestem uśmiechnięta, służąca dobrym słowem, pomocą. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że jestem w czarnej dupie. Sama. Z Matką która zawsze była toksyczna a teraz jest spotęgowana przez raka i walkę z choróbskiem. Zatroskana o Ojca, z którym zawsze byłam bliżej niż z Matką. A on się bardzo martwi o Matkę i ma mnóstwo roboty i zajęć z tego powodu. Jestem przygnieciona odpowiedzialnością za firmy i pracowników, a mamy potężny kryzys i jest ciężko. Jestem umęczona moimi problemami zdrowotnymi, które wynikają przede wszystkim z życia w ogromnym stresie.  Jestem samotna, bo mężczyźni którzy wokół mnie się pojawiali byli zbyt skoncentrowani na sobie by mnie zauważyć. Traktowali jak dopełnienie swojego żywota.

Jestem wykończona. Mam dość. Jestem twarda. Nie płaczę bo klienci nie mogą przez telefon usłyszeć, że nie jestem w formie. Jest po amerykańsku, wszystko OK.

Niedziela dniem pana w czapie

Niedziela zwykle jest dniem wyjazdu w teren.Nim jednak dosiądę rumaczycy i ruszę w dzikie ostępy, muszę dojechać gokartem do stajni. Od domu do stajni mam jakieś 10-12 km, także bliziutko. Nawet w dużym ruchu popołudniami jadę do stajni nie dłużej niż 20-25 minut. W Niedzielę delektuję się pustymi ulicami. Muza w gokarcie wyje, czerwona strzała cichutko (gdyby nie radio) przemyka ulicami. Schowana za okularami przeciwsłonecznymi  uśmiecham się i podśpiewuje od czasu do czasu. Istna sielanka do czasu. Pan w Czapie  postanawia wjechać w drzwi gokarta. Ot tak. Bo przypomniało mu się, że chciał skręcić w lewo. To, że jedzie prawy pasem, a ja lewym to w niczym mu nie przeszkadza. Po prostu skręca. W drzwi. Brudne bo brudne, ale bez zadrapań! Hamuję z piskiem opon i wściekłością, bo właśnie leciał refren i mogłam się drzeć w niebogłosy, a tu taka kiszka. Właściwie to tylko Pan w Czapie. Powaga, facet w kapeluszu za kierownicą Skody.

Odetchnęłam i jadę dalej. Nie dalej jak 3 km od domu zaczynam wątpić w rozsądek ludzki. Dwa pasy. Pan jedzie środkiem. Nie uwierzycie, to znowu Pan w Czapie. Gościu w jakimś kapelutku za kierownicą wielkiej Hondy. Honda stara, ale ma aspiracje na krążownik szos. Tyle że w centrum Warszawy nie mamy szos, mamy ulice! Pan w Czapie - pogromca szos i ulic! Jadę za nim powoli, bo oczywiście jedzie z prędkością spacerowa. W końcu słonko świeci, ptaszek świergoli, a on, Pan w Czapie jedzie kolubryna która wyciąga z garażu tylko w niedzielę. Ktoś nie wytrzymuje i trąbi na Pan w Czapie. Ten nieśpiesznie zjeżdża na prawy pas nie zmieniając prędkości nawet o ułamek kilometra na godzinę.

Kolejny kilometr za mną i skrzyżowanie ze światłami. Zielone radośnie mnie pozdrawia spod lekko skrzywionego daszku. Pewnie czterdziestotonowy zestaw nie zmieścił się w zakręcie i zdefasonował okrągłość sygnalizatorowych daszków. Toczę się przez skrzyżowanie i po chwili mam ochotę zawrócić, uciec. Z prawej strony, niczym nie zrażony, a już z pewnością nie przejmujący się czerwonym światłem, wtacza się na skrzyżowanie Fiat Punto. Za kierownicą siedzi oburzony Pan. Oburzony bo zapomniał swojej czapy i nie ma czym wymachiwać na mnie, by wygonić mnie ze skrzyżowania, jak przegania się muchy. Mnie się zrobiło słabo, bo punciak celuje w drzwi. W te, które chwile wcześniej udało mi się ocalić. Dodaję gazu by się ewakuować sprzed okrągłego noska fiacika. Udało się, ale kolana mam miękkie. Wycedziłam kilka niecenzuralnych słów. Niewiele to pomogło. Jadę dalej i zamiast wypełniać gokarta wrzaskiem do wtóru z Tillem, to klnę na czym świat stoi. Szybko moją uwagę odwraca człowiek który wsiadając do samochodu zaparkowanego na chodniku, robi to tak sprytnie że obija mi drzwi. Lekko puknał, nie mniej mnie witki opadły. Uwzięli się czy jak. Nawet chwilę się śmiałam bo koles który mi te drzwi obił na głowie miał elegancką czapę. Z daszkiem.


piątek, 12 lipca 2013

Biały

Musieliśmy dzisiaj uśpić psa. Ten dzień był marny, ale teraz jest makabryczny. Biały swoje przeżył. 16 lat. Od ponad roku miał problemy ze stawami, ale jak się pojawiałam u rodziców to skakał i biegał z radości. Miał prawie zawsze uśmiechnięty pysk. Oczy i nosek jak węgielki. Wczoraj nie miał już siły nawet zamerdać ogonkiem gdy przyszłam. Dzisiaj było z nim już bardzo źle. Okazało się, że żołądek odmówił współpracy. Nerki od kilku dni słabiutko pracowały. Nie dawał rady już chodzić mimo sterydowych zastrzyków na kręgosłup.

Już nie mam siły. Co jeszcze się przydarzy?

czwartek, 11 lipca 2013

Urocza rozmowa z szefem zespołu

Rozmowa z właścicielem firmy, który jednocześnie jest szefem zespołu programistów:
On: Nic nie robisz, nie ma zleceń, firma leży!!!
Ja: Przecież załatwiam klientów, ale nie odpowiadasz na emaile.
On: Jakie emaile?! To Ty masz robić oferty.
Ja: Przecież robię oferty. Wysłałam ci prośbę o oszacowanie nakładów pracy, bo nie wiem ile to może zająć czasu.
On: Ty masz przygotowywać oferty, a kwoty to sobie potem wpiszemy.
Ja: Przecież przygotowałam ofertę i potrzebuje tylko kwotę i terminy realizacji.
On: Takie rzeczy to powinien ci podawać handlowiec-specjalista od systemów it, a takim specem jesteś ty.
Ja: Tak jestem o ile są to starnadrdowe zapytania. A gdy pojawia się coś nowego to wolę się skonsultowac z szefem programistów, czyli tobą, żeby się nie przestrzelić.
On: Zawracasz mi głowę. Masz przygotować ofertę a kwotę wpisze się później.
Ja: ... (para buchnęła mi uszami)... przecież przygotowałam i potrzebuję kwoty i termin realizacji!
On: To czego ty chcesz ode mnie?
Ja: (kilka głębokich wdechów) Czy ja w ogóle mam robić marketing tej firmy i szukac klientów, czy jednak mam sobie odpuścić bo nie mogę liczyć na wsparcie i współpracę?
On: Tak masz szukać klientów!

Ta oferta już przepadła. Dzisiaj mam kolejne zapytanie do którego właśnie przygotowuję ofertę. Na szczęście robiłam już kiedyś coś podobnego więc tylko zwaloryzuję kwoty i zaktualizuję koszt map.
Teraz jednak idę po herbatę z melisy. Muszę się wytonować, bo pójdę i mu natłukę. Na prawdę nie wiem czy moja współpraca z tą firma ma sens.

środa, 10 lipca 2013

Lans i zadęcie

Dziś o koniach. Coraz bardziej odsuwam się od jeździeckiego światka. Powodem takiego postępowania jest toksyczna atmosfera w stajniach, na zawodach. Dobija mnie też brak rozsądku u trenerów a także u osób które od wielu lat mają do czynienia z końmi, czy to jako szkoleniowcy czy instruktorzy czy też jako jeźdźcy zaawansowani.

Dzisiaj zabiło mnie tłumaczenie koleżanki, że konie cieszą się jak biegają w wymyślnych ozdobach. Tu akurat chodziło o naczółek ozdobiony dyndającymi się szkiełkami szlifowanymi na wzór kamieni szlachetnych. Ktoś inny kupuje kolejny czaprak. Jeszcze inna osoba inwestuje w kolorowy kantarek. Nieistotne jest to, że koń nie widział końskiego dentysty od lat, że ma niedobory mikroelementów i spada z mięśni. Nie myślą o tym, że koń wolałby cały dzień być na pastwisku, zamiast stać w boksie. Kto ma trochę rozsądku ten wie, że koń jest najszczęśliwszy mając wielkie pastwiska i towarzystwo innych koni 24/7. gołych koni, bez czapraczków, naczółków, owijek czy kokardek w ogonie.

Braki w umiejętnościach konia tuszuje się użyciem patentów. Królują sznurki, czarne wodze, wypinacze. gdy problem staje się bardzo poważny, wtedy szukają pomocy. Przyjeżdża fachowiec, pracuje z koniem. Chwile są zachłyśnięci wiedzą i umiejętnościami trenera, po czym trener wyjeżdżą, koń naprostowany i ułożony i znowu grzęzną w bagienku plotek, lansu i picia alkoholu w stajennym towarzystwie.

Przykro jest patrzeć, jak dziewczyna wydaje pieniądze na imprezy i kolejne czapraki, podczas gdy koń stoi ponad pól roku w areszcie boksowym z powodu kontuzji. Dziewczyna nie wzywa weterynarza bo nie ma pieniędzy.  Z tego samego powodu koń nie dostaje zastrzyków przeciwzapalnych czy suplementów diety. Na spacery nie wychodzi bo dziewczę woli posiedzieć z koleżankami.

Drugie dziewczę tak jak się nauczyło kilkanaście lat temu jeździć konno, tak jeździ do tej pory. Czasem coś podpowie trener urzędujący w stajni. Dziewczę stosuje te metody nie myśląc w ogóle nad sensem tego co proponuje jej trener-alkoholik. w efekcie trening kończy bardzo poważną kontuzją konia.

Kto nie był w stajni nigdy też nie wie, że jest takie zjawisko jak loża szyderców. To grupka jeźdźców która obserwuje treningi innych osób i komentuje. Oczywiście podśmiewając się i wytykając błędy. W efekcie bardziej wrażliwi jeźdźcy popadają w kompleksy i zniechęcają się do jazdy konnej.

Brak mi inspiracji. Spotykam ludzi zamkniętych na wiedzę, umiejętności. Nie można podyskutować bo ich racja jest jedyną słuszną. Pytając czy prosząc o konsultacje, odpowiedzi zwykle są przesycone jadem. Nie ma też w ludziach luzu i szaleństwa. Są zamknięci w normach, tego co wypada i nie wypada. Nie bawią się tym sportem. Króluje zadęcie i lans. Nie umiem się w tym odnaleźć i nie chcę!

wtorek, 9 lipca 2013

Movie 43

Oglądam Movie 43. Zwątpiłam. Film z moimi dwoma idolami, Gerardem Butlerem i Hugh Jackmanem. Do tego Richard Gere, Josh Duhamel, Dennis Quaid, Liev Schreiber i wielu innych dobrych aktorów. I aktorek.

Film tak absurdalny, że aż śmieszny.


 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Urlopowe zawirowania

Rozmawiałam dzisiaj z pewnymi ludźmi. Pracują od godziny 6 rano do 22:30. 7 dni w tygodniu. Cały rok. Praca fizyczna na świeżym powietrzu. Nie jest to praca specjalnie ciężka, ale bywają i takie momenty gdzie trzeba się wykazać krzepą i namachać łopatą.

Pracują tak od wielu miesięcy i ostatnio zapytali pracodawców o możliwość wyjazdu na kilka dni urlopu. Pracodawcy odpowiedzieli, że absolutnie nie ma takiej możliwości. Może za tydzień, może za dwa, a właściwie to za miesiąc. Też może.

Jazdy z urlopem mają od wielu miesięcy, w efekcie są zmęczenie i wypaleni. Pracodawca ignoruje oznaki zniechęcenia i braku motywacji. Ja już wiem, a pracodawca dowie się za kilka dni, że stracił tych pracowników.

A to dobrzy pracownicy. Obserwuję ich pracę od wielu miesięcy i poniekąd jestem przez nich obsługiwana. Jakość wykonanych usług jest wysoka. To ludzie którzy myślą w odróżnieniu od poprzednich pracowników. Szkoda, że odejdą.

niedziela, 7 lipca 2013

Droga życia

Oglądam sporo filmów. Są takie filmy do których się z przyjemnością wraca bo trzymają w napięciu. Są takie które zawsze bawią, a inne wzruszają.

Przed chwilą obejrzałam film "The way" z 2010 roku. Głowną rolę gra Martin Sheen. Nie przepadam za nim jakoś specjalnie, jak również za jego synami. Jednak ten film mnie totalnie poraził. Zmasakrował mój mózg.

Nie jestem w stanie napisać nic więcej chociaż w głowie kłębi się milion myśli, spostrzeżeń. Dzisiaj po raz pierwszy od miesięcy płakałam tak strasznie . Pomogło mi to, w końcu zeszła ze mnie część napięć.

Z drugiej strony wypełnia mnie smutek. Wszystko w środku chce działać, zmienić ten stan, bo przecież ktoś może zadzwonić i muszę być w świetnym nastroju. Tyle, że wiem, że to głupie. Bardzo głupie. Skąd mi się to wzięło, że muszę być silna? Zawsze i wszędzie? Niezależnie od okoliczności.

sobota, 6 lipca 2013

W rewanżu za okazane serce

Kilka miesięcy temu miałam gości na Mazurach, moich znajomych bliższych i dalszych. I znajomych znajomych. Trochę imprezowaliśmy, trochę odpoczywali, a a w tym czasie pracowałam. Ale w wolnej chwili organizowałam im różne rozrywki. Koniarzy zabierałam w teren, niekoniarzy integrowałam przy ognisku lub na spacerach. Donosiłam napoje, krzesełka. Dbałam by się dobrze czuli i dobrze bawili. Nie musiałam tego robić, jednak czułam się w obowiązku jako osoba zarządzająca obiektem, by goście czuli się fantastycznie. W związku z tym że część osób to znajomi właściciela, nie miałam żądnych profitów za ich obsługę, tak jak i zrezygnowałam ze swojej gaży, tak by moi znajomi mogli korzystać z obiektu po niższej cenie.

Miesiąc po tym spotkaniu dostałam paczuszkę a w tej paczuszce prezent. Przedmiot który mi pomoże w treningach, wart kilkaset złotych. Zatkało mnie zupełnie. Zadzwoniłam do osób od których dostałam paczkę i powiedziałam, że jestem zaskoczona, ale że to drogi prezent i nie mogę go przyjąć. Bo rzeczywiście tak było. Bardzo chciałam mieć coś takiego, ale czułabym się niekomfortowo gdybym miała go przyjąć. Darczyńcy stwierdzili, że chociaż w ten sposób mogą się odwdzięczyć za to mnóstwo czasu prywatnego i energii i zaangażowania, jakie wkładałam w ich każdy pobyt. Stwierdzili, że chociaż w ten sposób mogą się odwdzięczyć za okazane im serce.

Nie wiem jak się zachować w takiej sytuacji. Przywykłam do sytuacji w których dawałam z siebie wszystko, a ludzie tego nie doceniali. Miałam przyjemność i osobistą satysfakcję, że komuś pomogłam czy sprawiłam przyjemność. Nigdy nie oczekiwałam rewanżu czy jakiegoś zadośćuczynienia za okazane wsparcie. To jednak wzbudzało w ludziach poczucie nieoddanej przysługi, czuli się niekomfortowo wiedząc, że kiedyś będą musieli się odwdzięczyć (chociaż niepotrzebnie, bo jak wspomniałam nigdy tego nie oczekiwałam).

Zauważyłam, że dużo bardziej komfortowe jest, gdy dając coś z siebie oczekuję zadośćuczynienia, np. butelka wina za podszycie zasłon. Wtedy ludzie mają wrażenie, że rachunek został wyrównany. Osobiście jednak uważam, że to głupie. O tym jednak innym razem. Idę cieszyć się prezentem.

piątek, 5 lipca 2013

Nocne polaków rozmowy...po alkoholu

Co to jest za pomysł, żeby dorośli ludzie po nadużyciu alkoholu łapali za telefon i wydzwaniali na przykład do mnie. Pół biedy jeśli dzieje się to w ciągu dnia, ale późne godziny nocne to nie jest właściwa pora na takie atrakcje.

Rodzice nauczyli mnie, że nie dzwoni się do ludzi przed godziną 9 rano, ani po 22. wyjątkiem są te osoby które wyrażą zgodę na późne wydzwanianie do nich.

Wracając do osób po alkoholu. Szlag mnie trafia bo te osoby są zwykle namolne, żeby nie powiedzieć wprost - upierdliwe. Nie odbierasz więc dzwonią za chwilę kolejny raz i kolejny. Gdy nadal nie odbieram to zaczynają się smsy zwykle trudne do rozkodowania bo trzeba mieć wiele finezji i polotu by zrozumieć co autor miał na myśli. Odebranie telefonu to całkowita tragedia. Bełkot, niezrozumiały bełkot. Wyznania które nigdy nie wyszłyby z ust rozmówców na trzeźwo. Rozmowy nie mają sensu bo zawiany rozmówca i tak nie pamięta następnego dnia o czym była rozmowa. Zwykle nawet nie pamięta, że w ogóle dzwonił.

Jak ludziom nie wstyd dzwonić do mnie po nocy?! Co to są za pomysły? Czy nie mają przyjaciół do których mogą zadzwonić? Czy może szanują spokój przyjaciół i dlatego dzwonią po znajomych bliższych lub dalszych? Chyba nigdy tego nie zrozumiem.

Grunt, że niektórzy przez nocne wydzwanianie dorobili się zablokowania. Z pewnych względów nie mogę wyciszyć ani wyłączyć telefonu na noc, więc radzę sobie inaczej. A potem zdziwienie, że nie można zrealizować połączenia...

czwartek, 4 lipca 2013

Krzyżyk na drogę

Znajomy naciskał żeby przygotować mu projekty logotypów. Przygotowałam mu, ale umówiliśmy się, że rozliczy się ze mną za te logotypy tym bardziej, że potrzebował umowy przekazania praw autorskich. Zrobiłam logotypy, ale na załatwienie formalności w tym płatność musiałam czekać 2-3 tygodnie. W międzyczasie cisnął żeby mu zrobić kolejny projekt logotypu dla innego przedsięwzięcia. Sprawa była pilna, ważna i w ogóle na już! Zgodziłam się pod warunkiem uiszczenia zaliczki w wysokości 50% płatności za projekt. Wtedy przedstawię mu propozycje. I co się okazało, że jak trzeba płacić to jednak nie jest to takie pilne, ani ważne, ani na już.

Co ciekawe przez te kilka tygodni póki miał do mnie interes to dzwonił, smsował, co tam u ciebie, itd. Tylko załatwiliśmy temat logo i cisza.

Nie pierwszy raz się tak dzieje, że znajomi znikają z chwila osiągnięcia swojego celu. Nie maja nawet tyle fałszywej przyzwoitości by później poudawać zainteresowanie. Najbardziej jednak mnie złości, gdy zrobię dla kogoś coś z dobroci serca czy po znajomości. Poświęcę swój czas, czasem pieniądze, a znajomi są nie do końca zadowoleni z efektu i narzekają, że ktoś inny zrobiłby im to lepiej. To niech zapłacą i niech zrobi! Krzyżyk na drogę.

Wciąż nie umiem funkcjonować wśród cwanych i interesownych ludzi.

środa, 3 lipca 2013

Być uczynnym człowiekiem?

Pół nocy nie spałam, a gdy zasnęłam to miałam koszmarki. Obudziłam się wykończona, z bólem gardła i poczuciem przeziębienia. Boli mnie potwornie głowa i wychodzi mi dziś wczorajszy stres. Dusi, mdli, mrowi, drętwieje...

Jestem zdemotywowana do pracy. Na dodatek kancelaria kolejny tydzień zwleka z przysłaniem listy rzeczy wymagających uzupełnienia we wniosku. Zachowałam spokój chociaż zaczyna mnie to wkurzać. W zeszły poniedziałek miała być lista. Nie było. We wtorek również nie dotarła. Dzisiaj rano to już na bank. jak się okazało, niektórzy lubię sobie robić z mordy cholewę. Szkoda, że płaci się za to ciężkie pieniądze, a na dodatek to ja będę teraz siedzieć po nocach by wszystko przygotować.

Swoją drogą czekam od dwóch tygodni na ofertę z Play ina drugą z Orange.Jak widzę przez ostatnie kilka miesięcy nic się nie zmieniło w polityce sprzedażowej firm. Handlowcy są niedouczeni i nie są w stanie przygotować oferty gdy wykracza ona poza standardowe pakiety.

Smutne jest to, jak niektórzy mnie traktują. Przychodzą do mnie tylko gdy coś potrzebują. Przestałam od tych osób odbierać telefon, a gdy już odbiorę to mówię wprost że dzwonią tylko gdy coś chcą. Nawet nie krygują się, od pierwszej sekundy rozmowy mówią co tym razem chcą załatwić.Ma to swoje plusy, nie marnuję czasu na lanie wody. Ostatnio zaistniało jeszcze ciekawsze zjawisko. "Osoby w potrzebie" puszczają mi sygnał i czekają aż oddzwonię. Jeśli nie oddzwaniam, to znowu sygnał i oczekiwanie. Przy najbliższej okazji mają pretensje, że nie oddzwaniam jak próbują się ze mną skontaktować.

Chciałoby się być dobrym, uczynnym człowiekiem. Ludzie jednak pozbywają się hamulców, chcą więcej, więcej i więcej...

wtorek, 2 lipca 2013

Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Po raz kolejny okazało się, że mnóstwo mojej pracy poszło na marne. Nawet nie chce mi się nic więcej pisać. Miałam wielkie pokłady zapału po udanym treningu, jednak wspólas skutecznie ostudził moje zapędy by usiąść do pracy.

W tej sytuacji zrobię sobie drineczka, włączę film i zrelaksuję się. Nic na siłę.

Zabawne, że dwie godziny temu wysłałam smsa do znajomego, że to był dobry dzień. A mówią, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca...

Te dni

Dzisiejszy dzień był ciężki. To te dni w życiu kobiety, kiedy żałuje, że nią jest. Jestem umęczona, obolała, sponiewierana. Cały dzień mi się chce spać. Spałam i spałam, wstałam, sprzątnęłam, ugotowałam i znowu spałam. Obejrzałam film i znowu idę spać. Oby jutro było już lepiej...