wtorek, 16 lipca 2013

Niedziela dniem pana w czapie

Niedziela zwykle jest dniem wyjazdu w teren.Nim jednak dosiądę rumaczycy i ruszę w dzikie ostępy, muszę dojechać gokartem do stajni. Od domu do stajni mam jakieś 10-12 km, także bliziutko. Nawet w dużym ruchu popołudniami jadę do stajni nie dłużej niż 20-25 minut. W Niedzielę delektuję się pustymi ulicami. Muza w gokarcie wyje, czerwona strzała cichutko (gdyby nie radio) przemyka ulicami. Schowana za okularami przeciwsłonecznymi  uśmiecham się i podśpiewuje od czasu do czasu. Istna sielanka do czasu. Pan w Czapie  postanawia wjechać w drzwi gokarta. Ot tak. Bo przypomniało mu się, że chciał skręcić w lewo. To, że jedzie prawy pasem, a ja lewym to w niczym mu nie przeszkadza. Po prostu skręca. W drzwi. Brudne bo brudne, ale bez zadrapań! Hamuję z piskiem opon i wściekłością, bo właśnie leciał refren i mogłam się drzeć w niebogłosy, a tu taka kiszka. Właściwie to tylko Pan w Czapie. Powaga, facet w kapeluszu za kierownicą Skody.

Odetchnęłam i jadę dalej. Nie dalej jak 3 km od domu zaczynam wątpić w rozsądek ludzki. Dwa pasy. Pan jedzie środkiem. Nie uwierzycie, to znowu Pan w Czapie. Gościu w jakimś kapelutku za kierownicą wielkiej Hondy. Honda stara, ale ma aspiracje na krążownik szos. Tyle że w centrum Warszawy nie mamy szos, mamy ulice! Pan w Czapie - pogromca szos i ulic! Jadę za nim powoli, bo oczywiście jedzie z prędkością spacerowa. W końcu słonko świeci, ptaszek świergoli, a on, Pan w Czapie jedzie kolubryna która wyciąga z garażu tylko w niedzielę. Ktoś nie wytrzymuje i trąbi na Pan w Czapie. Ten nieśpiesznie zjeżdża na prawy pas nie zmieniając prędkości nawet o ułamek kilometra na godzinę.

Kolejny kilometr za mną i skrzyżowanie ze światłami. Zielone radośnie mnie pozdrawia spod lekko skrzywionego daszku. Pewnie czterdziestotonowy zestaw nie zmieścił się w zakręcie i zdefasonował okrągłość sygnalizatorowych daszków. Toczę się przez skrzyżowanie i po chwili mam ochotę zawrócić, uciec. Z prawej strony, niczym nie zrażony, a już z pewnością nie przejmujący się czerwonym światłem, wtacza się na skrzyżowanie Fiat Punto. Za kierownicą siedzi oburzony Pan. Oburzony bo zapomniał swojej czapy i nie ma czym wymachiwać na mnie, by wygonić mnie ze skrzyżowania, jak przegania się muchy. Mnie się zrobiło słabo, bo punciak celuje w drzwi. W te, które chwile wcześniej udało mi się ocalić. Dodaję gazu by się ewakuować sprzed okrągłego noska fiacika. Udało się, ale kolana mam miękkie. Wycedziłam kilka niecenzuralnych słów. Niewiele to pomogło. Jadę dalej i zamiast wypełniać gokarta wrzaskiem do wtóru z Tillem, to klnę na czym świat stoi. Szybko moją uwagę odwraca człowiek który wsiadając do samochodu zaparkowanego na chodniku, robi to tak sprytnie że obija mi drzwi. Lekko puknał, nie mniej mnie witki opadły. Uwzięli się czy jak. Nawet chwilę się śmiałam bo koles który mi te drzwi obił na głowie miał elegancką czapę. Z daszkiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz