piątek, 30 sierpnia 2013

środa, 28 sierpnia 2013

Mr Narzekalski

Znowu się umówiłam na kawę i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Spotkałam się z Sebastianem, facetem kilka lat starszym ode mnie, jednak już dwa tygodnie temu miałam wrażenie, że to dzieciak w ciele dorosłego. Jednak miło się rozmawiało, więc postanowiłam zaryzykować. Jednak po raz kolejny intuicja mnie nie zawiodła. Jeżeli facet na początku znajomości stwierdza, że nie może rozmawiać bo musi iść się zresetować tudzież najebać, to trzeba pacjenta omijać szerokim łukiem. Koleś przyszedł, uśmiechnięty, w miarę przystojny. 180 cm wzrostu to on na pewno nie miał. Chciał się umówić na Starym Mieście. Nie ma problemu. Chciał usiąść w jakiejś knajpie. Usiedliśmy. I zaczęło się narzekanie. Bo mu nie płacą, bo nie ma zleceń, bo musiał pożyczyć pieniądze od rodziców. Jeśli chciał przekazać, że nie ma kasy to udało mu się. I wciąż gadał o swoich problemach. Gdy przestał gadać o swoich problemach to zaczął mnie wypytywać o innych facetów. Zbywałam go, to zaczął narzekać, że z nim to się chcą umawiać tylko rozwódki z trójką dzieci. Próbowałam, zmieniałam temat, ale on zakapućkany w swoich problemach. Na dodatek odniosłam wrażenie, że popada w jeszcze głębsze kompleksy gdy wspominałam jak ja działam i z iloma tematami. On tylko powtarzał, że nie będzie chałturzył bo by go szlag trafił. A jednocześnie wciąż podkreśla jak to utracił płynność finansową. Poprosiliśmy rachunek, zapłaciłam za siebie i zostawiłam napiwek. On zapłacił tylko za siebie, bez napiwków. Nie wnikam. Odprowadził mnie do samochodu i gada i gada. Nie wiem o co chodziło. W końcu się pożegnałam i pojechałam. Nie wiem czy on liczył na to, że go gdzieś podwiozę? Ale mówił, że też przyjechał autem. Oczywiście po spotkaniu cisza. I chyba na szczęście, bo co z tego, że było na czym oko zawiesić, ale to narzekanie... jak mam podziwiać i szanować mężczyznę, który strzela fochy że nie ma kasy, ale brzydzi się chałturami?

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Reformy edukacji

Czytam regularnie blog Doroty z którym możecie zapoznać się TUTAJ. Dorotka jest nauczycielką i czasami opisuje niuanse swojej pracy. Coś tam się słyszało o rewolucjiw  edukacji, o reformach. Traf chciał, że akurat na samym początku reform miałam praktyki w szkole. Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy, wiadomo człowiek młody i głupi, nie dostrzegałam też głębszego sensu w tym wszystkim co się działo w szkołach.

Zupełnie nie ogarniam jak to możliwe, że praktycznie wszyscy ludzie z którymi chodziłam do podstawówki, wyrośli na dojrzałych obywateli. W pierwszej i drugiej klasie siedzieliśmy w salach z małymi stoliczkami. Mieliśmy wspaniałą wychowawczynię, która miała w sobie ogromny spokój i cierpliwość. Przerywała lekcje gimnastyką, chwaliła nas za opowieści choć nie zawsze związane z tematem lekcji. Uczyła dobrych manier, pilnowała żeby każdy z nas zjadł drugie śniadanie. Niektórzy z rodziców nazywali ją starą komunistką. Nigdy jednak tak o niej nie będę myśleć, bo była wspaniałą nauczycielką. Z ogromny wyczuciem, o wyważonych osądach. Broniła nasza klasę bo nie byliśmy najgrzeczniejsi. Byliśmy JEJ uczniami! w trzeciej klasie zmienił się nam wychowawca i nauczyciel nauczania początkowego. Przenieśliśmy się do innej sali, z większymi ławkami. Nauczycielka była młoda, miała z nami pięć światów, ale dawała radę. Niezwykle empatyczna, wrażliwa, ale też nie dała nam zrobić krzywdy.

Od czwartej klasy dostaliśmy dość surową wychowawczynie. Była surowa dla nas, ale broniła swoich uczniów tak długo jak widziała, że samemu uczniowi zależy. Miała stado 36 urwisów, ale wszyscy ją szanowali. Nigdy nikt jej nie zwyzywał, nikt nie obraził. Nikt nie miał odwagi traktować jej jak koleżanki.

Dlaczego o tym piszę? Bo gdy miałam praktyki w szkole, uczniowie traktowali nauczycieli jak kumpli. Pokój nauczycielski zamykany na stalowe antywłamaniowe drzwi i zamek kodowany. Nauczyciele sparaliżowani i terroryzowani przez elitę. Bo gimnazjum o którym piszę było i jest, jednym z najlepszych, najbardziej elitarnych w Warszawie. Gimnazjaliści po pierwszy dniu praktyk podeszli do mnie i powiedzieli, że gdybym potrzebowała radio do samochodu albo jakiś telefon komórkowy, to żebym powiedziała to mi załatwią. Gimnazjalistki każdy dzień zaczynały od oglądania sobie metek przy ubraniach. Gdyby w mojej podstawówce ktoś się zachowywał w taki sposób to nauczyciel natychmiast by reagował. Nie mówiąc o tym, że klasa nie pozwalała na to by ktoś zadzierał nosa poprzez awans ekonomiczny rodziców. W renomowanym gimnazjum, nauczyciel zaraz po dzwonku biegiem opuszcza pracownię. Uczniowie nie mają mozliwość podejść do nauczyciela, porozmawiac o swoich spostrzeżeniach, problemach.

w mojej podstawówce normą było, że na przerwie się rozmawiało z nauczycielami. A nauczyciele nas inspirowali. Pożyczali swoje książki, pokazywali preparaty na które nie było miejsca na lekcjach. Wyciągali niesamowite mapy z dziwnymi jak dla nas opisami. Najlepiej o nauczycielach świadczy to, że już w szkole podstawowej wiedziałam, że będę studiować geografię. W liceum byłam swego rodzaju encyklopedią geograficzną, co irytowało nauczycielkę, która się nie przykładała specjalnie do przygotowania do lekcji. A ja, młoda gniewna jej przygadywałam bo w niektórych tematach miałam dokładniejsza wiedzę niż ona. Teraz wiem, jakie to było szczeniackie zachowanie, z drugiej strony jednak budowałam wiarę w siebie, a koleżanki i koledzy doceniali i podziwiali mnie z powodu mojej rozległej wiedzy.

W podstawówce cała moja klasa uczyła się na przyzwoitym, a nawet dobrym poziomie. Poziom był wysoki, ale przede wszystkim cieszyliśmy się na niektóre lekcje. Oczywiście to zasługa nauczycieli geografii, biologii, plastyki. Byli tez tacy nauczyciele, którzy nas całkowicie zniechęcili na przykład do fizyki. Trafiając do renomowanego warszawskiego liceum przeżyłam szok. Na kilkudziesięciu nauczycieli których tam poznałam, raptem niewielka grupka, policzalna na palcach jednej dłoni, potrafiła nas zachęcić do zgłębiania wiedzy. Pozostali nauczyciele traktowali nas jak sposób na dotrwanie do emerytury. Byliśmy złem koniecznym. Niestety ich podejście do nas przekładało się na brak szacunku do nich. I tak jak zawsze lubiłam matematykę, czułam się niczym zdobywca szczytów, gdy rozwiązywałam trudne zadania. Tak nauczycielka w liceum całkowicie mnie zniechęciła. Nie miała podejścia do nas, młodych ludzi w trudnym okresie dorastania. Nie miała też daru przekazywania wiedzy. Doświadczyłam osobiście jej niechęci i jak to podsumował któregoś razu mój ojciec: rób wszystko bym się musiał się więcej z tą kretynką spotykać.
Na złość ten nauczycielce zdałam maturę z matematyki na 4,5.

Miło powspominać czasy szkolne, jednak zwłaszcza te wczesnoszkolne. Kupowanie książek od poprzednich roczników. Zielone szkoły. Wuefy na korytarzu. Zjeżdżanie na tyłku po schodach. A przede wszystkim nauczycieli zaangażowanych w nauczenie nas myślenia, samodzielności... mam nadzieję, że kiedyś ktoś tak zaplanuje reformy edukacji, że te czasy wrócą!

piątek, 23 sierpnia 2013

Nie dam rady

Co za potworny dzień. Część przerzutów się zmniejszyła o 10-15%. Niestety powstały dwa nowe nacieki. Jest źle.

Pan Jarandkowicz

Od pewnego czasu podrywał mnie pewien osobnik, nazwijmy go z pewnych względów Jarandkowiczem. Załatwialiśmy sprawy służbowe do tej pory, ale w ostateczności zgodziłam się z nim spotkać na kawę pół prywatną, pół służbową. Początki bardzo sympatyczne, miła kawiarnia, on elegancki, pachnący, otwierający i przepuszczający w drzwiach, ale... w trakcie półgodzinnego spotkania Jarandkowicz gadał tylko o sobie i swoich sprawach. Wiem jakie ma w spółkach aktywa i pasywa, jaki majątek, ile zapłacił za swój ostatni samochód, a ile go kosztował ten który kupił pół roku temu. Dowiedziałam się jak kombinuje by płacić mniejsze podatki i jak zapatrują się Brytyjczycy na zakładanie firm w UK przez Polaków. W trakcie tych opowieści przypomniało mu się, że miał mieć informacje z firmy leasingowej na temat warunków leasingu zwrotnego który załatwiał. Nie mógł się powstrzymać chwili nawet tylko złapał telefon i zadzwonił. Po czym ani przepraszam ani nic tylko dalej nawijał o sobie. Jaki to on jest dobry, zamożny, bla bla bla... słowotok przerwał na chwilę by zadzwonić w kolejne miejsce. Tym razem musiała się pilnie dowiedzieć o której ma pojechać na serwis z samochodem. Jako, że okazało się, że już może tam jechać, więc stwierdził że musi lecieć. I tu znowu włączył dobre maniery. Odprowadził mnie do samochodu, po drodze wszystko jak należy. Koniecznie chciał się umówić na kolację.

Byłam w takim szoku wywołanym jego buractwem, że mnie zatkało. Normalnie nie wierzę w to co się działo.

Zauważyłam jednak pewną prawidłowość. Wielu mężczyzn którzy zarobili duże pieniądze, zapominają o dobrych manierach. Przepuścił w drzwiach bo to pewnie jeszcze wyniósł z domu. Jednak nikt nie nauczył, że rozmowy przez telefon w trakcie spotkania, są po prostu niegrzeczne. Co innego gdy ktoś dzwoni z ważną sprawą. Można powiedzieć przepraszam i raz dwa załatwić sprawę. Ale wydzwanianie z duperelami, które można załatwić za pół godziny, to już lekka przesada.

Pff, jestem zdegustowana.

Dla odmiany wczoraj wieczorem ktoś mnie totalnie rozbawił. Człowiek, który jest dość znany, jest osobą publiczną, a w pewnych kręgach jest niezwykle popularny. Prywatnie jest nieco zblazowany, ale oprócz tego niezwykle miły, sympatyczny, a przede wszystkim ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii. Śmiałam się z tego co mówił, ale najbardziej bawiło mnie udawanie, że nie wiem kim on jest. Z początku nie wiedziałam, ale potem przyszło olśnienie. A do tego on się wił, żeby się nie przyznać że to właśnie On. Jeszcze teraz tu chichoczę z tych rozmów. Tyle dobrego.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Musieć, a chcieć

Kilka lat temu byłam na szkoleniu z zarządzania czasem. Brzmi banalnie i w sumie nigdy nie miałam większych problemów z planowaniem sobie czasu. Szkolenie jednak mi wiedzę uporządkowało, a przede wszystkim poznałam mnóstwo mechanizmów, które rządzą człowiekiem. Na szczęście, nauczyłam się też jak sobie radzić, jak przeprogramować mózg by się nie dać zmanipulować.

Jest takie słowo klucz. Wyrażenie które blokuje człowieka całkowicie i nim się zorientuje, to już jest nastawiony negatywnie do wszystkiego co musi zrobić. To określenie "musieć coś zrobić". Za każdym razem gdy zaczynasz zdanie czy choćby mówić do siebie w myślach "muszę zrobić to czy tamto..." nastawiasz się negatywnie. Kodujesz zadanie jako pewien przymus, obowiązek i to przykry. Do realizacji zabierasz się z mniejszym entuzjazmem niż w sytuacji gdy przedstawiasz je sobie w głowie opisując słowami "chcę to zrobić" albo "z przyjemnością to wykonam". Kontrola myśli ma ogromną moc i ponoć potwierdzone jest to badaniami psychologów.

Z doświadczenia wiem, że gdy tylko pod skórą poczuję nutkę przymusu czy obowiązku, to dana czynność traci cały swój urok.

Co ciekawe to samo ma miejsce w treningu z koniem. Możesz konia zmusić do zrobienia pewnych rzeczy. Możesz założyć patenty jak wypinacze czy czarną wodzę. Możesz go zmusić do aktywniejszego ruchu trzaskając raz po raz batem. Jednak koń wykona takie ćwiczenie spięty i sztywny. Do tego będzie sfrustrowany, bo wykonuje zadanie pod przymusem. Nawet jeśli potem konia pochwalisz, pozostanie napięcie. Jest druga droga, dużo bardziej wymagająca od trenera/jeźdźca. To ścieżka, która sprowadza się do przekonania konia, że chce to dla ciebie zrobić. Nagradzasz za każdy przejaw chęci do wykonania zadania. Nie bede tu szczegółowo opisywać proicesu, ale choć droga do celu jest dłuższa, to jednak efekty są dużo trwalsze, a przede wszystkim osiągnięte w przyjemniejszy sposób i bardziej komfortowy dla konia.

Od dłuższego czasu uczę się żyć przede wszystkim dla siebie. Nie chce nic robić na siłę. Są pewne rzeczy, które muszę robić takie jak pracować by płacić rachunki czy ratę zamieszkanie. Muszę zadbać o kota, konia czy rybki bo to stworzenia całkowicie ode mnie zależne. Całymi latami żyłam dla osób mi bliskich. Byłam taka jak życzył sobie Eksio, spełniałam ambicje rodziców. W efekcie byłam bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Myślałam, że jest fantastycznie, gdy zadowoleni są moi bliscy. Czasami czułam w środku bunt i pozwalałam sobie na wyskoki, które sprowadzały się do robienia sobie przyjemności. Byłam za to krytykowana przez bliskich bo nie byli w stanie akceptować, że chce czegoś innego niż oni. A mnie coraz trudniej było tolerować fakt, że moje życie sprowadzało się do całej listy obowiązków, a dni zaczynałam od litanii "muszę".

Prawie nic nie muszę. Chcę. Chcę być szczęśliwa i żyć w zgodzie z sobą. Chcę być dobrym i uczciwym człowiekiem. Chce się rozwijać, uczyć nowych rzeczy. Chcę się realizować. Chcę przyzwoicie zarabiać by mieć pewien komfort finansowy. Chce być córka na którą mogą liczyć moi rodzice, siostrą która jest oparciem i przyjacielem dla brata.

A teraz chcę zaprojektować grafikę dla aplikacji. A może jednak muszę...? :P

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rowerowe wyzwanie

Jestem nawiedzona. Jak sobie coś wymyślę, to nie ma siły. Będę kombinować jak zrealizować dany pomysł i jeśli mi nie przejdzie nawiedzenie, to przystąpię do wdrożenia idei. Tak było i tym razem. W piątek postanowiłam pojechać z rowerem na działkę do rodziców. W sobotę wpadłam na pomysł, żeby pojechać rowerem. I tak zrobiłam. Mama jeszcze chciała żeby im ziemniaków przywieźć, ale się wyłgałam. Oczywiście obraziła się nieco, ale trudno. Wyspałam się i o 10:30 pomykałam już rowerem. Słoneczko świeciło, ale było rześko. Myknęłam przez Bemowo przez las, potem przez Laski i do trasy gdańskiej. Przemknęłam przez trasę do Łomianek i tam przez Cząstkowy i inne niewielkie miejscowości do Czosnowa. Stamtąd na most na Wiśle, potem przez Narew i minęłam boczkiem Nowy Dwór Mazowiecki. I tu miałam pierwszy kryzys. Był tak potworny tłum rowerzystów, że szlag mnie trafiał. Co chwila zwalnianie bo wiadomo, najlepiej jest zatrzymać się na środku ścieżki rowerowej. Traciłam więc swoje komfortowe tempo. Prędkość oscylowała od 30 km/h na równym asfalcie do 25 km/h na drogach nierównych i dziurach, a do  tego krętych i pagórkowatych. Takie drogi zaczęły się za Pomiechówkiem. Postanowiłam pojechać [prawym brzegiem Wkry i to był błąd. Jak się później dowiedziałam, drogę przez Goławice wyremontowano jakiś czas temu i choć jest mocno pagórkowata, to jednak równa. A tu przez Śniadowo i Szczypiorno było makabrycznie. Nierówno co odbiło się na moich nadgarstkach. Na tym etapie zaliczyłam drugi zjazd. Usiadłam w cieniu na poboczu, skonsumowałam pierniczki, popiłam i percepcja mi się znacznie poprawiła. wstałam z trawy i prowadziłam rower poboczem, czekając aż przejadą samochody i wtedy stało się to czego się zupełnie nie spodziewałam. Wpadłam w mały dołek. Traf chciał że oczywiście moją lewą felerną stopą po rekonstrukcjach. Ból jaki poczułam był tak obezwładniający, że zrobiło mi się słabo. Zakręciło w głowie, zlał mnie pot i poczułam, że świat wiruje. Odrzuciłam rower i usiadłam na trawie. Na moment się położyłam, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. W myślach rzucałam najgorszymi inwektywami pod adresem tej parszywej dziury w ziemi. Gdy trochę doszłam do siebie, zarzuciłam stopę na kierownicę rowera i gadałam do niej: "Tylko nie puchnij, tylko nie puchnij!". Nie do końca mnie słuchała, zaczęła lekko puchnąć. Pulsujący i rwący ból nie odpuszczał. Zaczęłam rozważać telefon do taty, żeby przyjechał po mnie i rower. Jednak to była ostatecznośc. Jak to, trasa miała mnie pokonać na ostatnich 10 km? Po kolejnych kilku minutach wstałam i trzymając się roweru przeszłam kawałek. Stopa bolała, ale stwierdziłam, że dam radę. Wsiadłam na rower i mocniej pedałując prawą nogą dojechałam na działkę rodziców.

Spodziewali się mojego czerwonego gokarta a tu cyk, furtka się otwiera i wchodzę ja. Zziajana nieco, zapocona, ale zadowolona. Bo dokonałam tego. Przejechałam 55 km w niecałe 3 godziny (wliczając w to przerwy). Przywiozłam ciasto i uśmiałam się, gdy patrzyli na to wszystko zdziwieni. Oczywiście chwile po przywitaniu się, wsadziłam stopę do wiadra z lodowatą wodą i opuchlizna zeszła. Nawet mnie ta noga nie bolała jakoś bardzo, za to wieczorem już po powrocie... w nocy obudziłam się z bólu. I dziś boli nadal. Nie daję się jednak. Było super!

A już najbardziej napędzało mnie to, jak inni ludzie wokół mnie twierdzili, że nie dam rady. Nie dojade, żebym sobie dała spokój i odpuściła.

Dzisiaj oprócz bolącej nogi i jednego nadgarstka jest luzik. Ani łydki, ani uda nie bolą. Trochę może plecy od pozycji na rowerze a przede wszystkim od dość ciężkiego plecaka. Jestem hardkorem!

piątek, 16 sierpnia 2013

Co za wspaniała chwila



Siedzę tu  i nie wierzę, że to wszystko miało miejsce. Że poplotkowałyśmy tak swobodnie. Z osobą niemal mi obca, poznana dzięki temu blogowi, choć jeszcze w jego wydaniu onetowym. 

Nie wiem, czy jej tak samo miło i bezstresowo minął czas. Ja czuję się rewelacyjnie. Przez cały ten czas byłam sobą, nie musiałam nikogo udawać. Dopiero teraz potrafię docenić jaki to komfort. Jestem pewna, że nie chce już grać dla mężczyzn. Nie jestem w stanie długo tak ciągnąć, to mnie zabija. Wysysa ze mnie całą energię. 

Lubię taki stan. Muzyka dość głośno, ale wcale nie tak cicho. W głowie szum wina. I czuję się szczęśliwa i zrelaksowana. Za chwilę wyłączę komputer i zamknę oczy. Głowę oprę o wysokie wezgłowie fotela. Stopy położyłam na podnóżku. Wspaniały stan, którego nie miałam od lat. Wszystko, zobowiązania, problemy, plany, potrzeby... to wszystko zostało gdzieś daleko. Do pełnego szczęścia w tej chwili mi brakuje tylko możliwości położenia głowy na ramieniu ukochanego. Bez tego i tak jest świetnie.

Jednocześnie boję się, bo zawsze po takich chwilach euforii, upojenia szczęściem coś się dzieje złego. Może tym razem będzie inaczej...oby.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Spóźnialstwo

Nie toleruję spóźnialstwa. Jak to kiedyś było, że pisało się listy i nie było problemu by się listownie umówić z koleżanką z drugiego końca świata, przyjeżdżała i była. Punktualnie w umówionym miejscu. Tak samo było z erą telefonów stacjonarnych. Człowiek się umówił, poszedł na miejsce spotkania i było wszystko jak być powinno, czyli punktualnie i na miejscu.

Obecnie każdy niemal ma przynajmniej jeden telefon komórkowy. Obrodziło nam samochodów, metra, tramwajów, autobusów. Jest mnóstwo portali internetowych na których można sprawdzić możliwości dojazdu z miejsca na miejsce wybranym środkiem transportu. Co więcej, algorytmy korzystają również z danych o natężeniu ruchu w mieście i potrafią te dane uwzględnić przy podawaniu szacowanego czasu dojazdu.

Nauczono mnie, że nie należy się spóźniać, co więcej, warto przyjść kilka minut przed czasem i tak zwykle staram się robić. W sytuacji gdy mam się spóźnić to dzwonie, że będą za 10 czy 15 czy 30 minut. Nie czuję się wtedy komfortowo, ale szanując cudzy czas, wolę poinformować tą osobę o spóźnieniu. Jednak jestem wyjątkiem. Pośród moich znajomych króluje spóźnialstwo. 30 minut to norma, a spóźnienia rzędu godziny zdarzają się nagminnie.

Może to wynikać z faktu, że skoro pracuję w domu, to niektórym się wydaje, że nic nie mam do roboty i co to jest za różnica czy przyjdą tak jak się umawialiśmy czy godzinę później. Nie myślą o tym, że mam jakieś zobowiązania, że specjalnie dla nich przerywam pracę, kończę myśl i przygotowuję się tu na spotkanie. Czasami coś gotuje, zależy mi aby danie było gorące i świeże, ale to trudne gdy ktoś się zjawia sporo po czasie.

Najgorsze co może być to spotkanie z kimś na mieście. Tkwię w miejscu spotkania analizując ile rzeczy mogłabym w tym czasie zrobić.

Niby drobiazg, ale czas to jedyne czego nikt mi nie zwróci. Nie da się go kupić, wydłużyć, rozciągnąć czy zatrzymać. Tyle rzeczy do zrobienia w życiu, tak mało czasu. Szkoda, że tak niewiele osób to rozumie.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Live aus Berlin again

Rammstein na DVD dobry na wszystko. Live aus Berlin. Słuchawki, które niszczą mój słuch ale mogę się totalnie zmasakrować tą muzyką. wyłączone światło nawet w akwarium. Ciemności tylko obraz i dźwięk. Wentylator chłodzi przegrzane obwody.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zły dzień, zły i upalny

Upał! Poza tym to nie jest dobry dzień. Okazało się, że Jaśnie Pan do czego się dotknął to popsuł. Dzisiaj znowu mnie szlag trafił bo się okazało, że zniszczył moją blokadę na rower. Tak sprytnie ją założył na ramę, że dopiero teraz się zorientowałam. Oczywiście reszty należności za fakturę też nie uiścił. I choć zwykle złość mi szybko mija to dzisiejszy dzień był słaby od wczesnych godzin porannych, a to tylko spotęgowało moją złość.

Z drugiej strony jak sobie przypomnę, jak mu gul skoczył, gdy się dowiedział, że jest zainteresowanie pewnym projektem który realizuję... nie lubię czuć zazdrości, zawiści ani wściekłości, ale tym razem dałam się wyprowadzić z równowagi.

Właściwie to jestem wściekła i rozżalona. Spadł mi dysk zewnętrzny i nie mam dostępu do danych na nim zgromadzonych. Nie mam teraz funduszy by oddać dysk do odzyskiwania danych. Oczywiście, jakby tego było mało, to potrzebuję dysk zewnętrzny do archiwizowania danych każdego dnia i też nie mam na czym tego zrobić. Jak na złość klienci znowu mają opóźnienia w płatnościach.

Serwis roweru nie będzie kosztował 100 zł jak się spodziewałam tylko 270 zł już po zniżkach. Na szczęście Braciak się dołoży, bo to on w znacznej części mi tak sponiewierał rower. Zachował się.

Boss wyprowadził mnie z równowagi bo znowu zaniedbał pewne tematy i teraz na ostatnią chwilę trzeba załatwiać sprawy. Nienawidzę takich historii bo niszczą mój plan dnia. A to jest złe bo sypie się wtedy plan tygodnia, na cito muszę pewne rzeczy przesuwać w kalendarzu.

Grunt, że złość mi prawie przeszła. Pyszna cukinia faszerowana, która sobie przyrządziłam, ukoiła ciało i duszę. Do szczęścia teraz brakuje mi tylko kawałka słodkiego arbuza. I mogłabym biegać, skakać, latać i pływać. O zwłaszcza pływanie w ten upał to byłoby to. Jednak chłodne mieszkanie + wentylator na dokładne i zimne napoje nie są takie złe.

tymczasem wrócę do swoich interfejsów. Wczoraj miałam ogromną wenę i dziś chciałabym ją znowu zwabić przeglądając inspirujące tematy.

piątek, 2 sierpnia 2013

Restauracja z widokiem

Byłam wczoraj w sieciowej restauracji na kolacji ze znajomymi. Dużo czasu minie nim znowu się tam wybiorę gdyż opuścili poziom jeśli chodzi o jedzenie, a trafiło nam się i ciepłe piwo. Na szczęście wymienili to piwo, szkoda jednak że do takich rzeczy w ogóle dochodzi.

Niezwykle meczący był hałas. Zwykle w restauracjach jest szum rozmów, słychać muzykę, ale tym razem był po prostu hałas jak w fabryce. Zmęczyło mnie to strasznie, jednak ostatecznie zostałam dobita tym jak zachowują się inny goście restauracji. Zapomnieli chyba, że miejsce publiczne jednak do czegoś zobowiązuje. O co dokładnie chodzi? A o taki obrazek:


Jeśli lubisz konsumować z widokiem na kibel, to daj znać. Polecę Ci takie miejsce.

Po kilkunastu minutach urocza rodzinka zabrała dziecko i jego kibel z przejścia bo przesiedli się do innego stolika. Na całe szczęście bo chyba bym nie dała rady spokojnie jeść podczas gdy dziecię korzystałoby ze swego tronu.

Rozumiem przyjazność dzieciom pewnych lokali, ale bądźmy też przyjaźni innym konsumentom. Nie jest to apetyczny widok, nawet jeśli kibel ma kształt zadowolonego bałwana.

Rozważania na dwa

Czy wyjść za mąż z rozsądku czy z miłości? Co jest więcej warte w życiu?

Mężczyzna do którego mam słabość, na którego można zawsze liczyć i z którym można porozmawiać o wszystkim i o niczym, pójść na tańce i który się troszczy, ale w strefie erotycznej zupełnie nie pinga?
Czy może jednak facet za którym serce szaleje i seks jest bardzo udany, natomiast liczyć na niego można sporadycznie. Ma dobre serce, ale o wszystko trzeba się prosić, przypominać, bo jest skoncentrowany na sobie?

Pierwszy z nich jest łatwy i przyjemny w życiu codziennym, że tak to określę. Sprzątnie po sobie, po nas. Umie ugotować. Zadbać o dom. Zrobi zakupy i nie trzeba dyrygować palcem. Drugi zawsze miał albo mamę którą sprzątała, albo kobietę która nic nie robiła tylko się zajmowała nim i domem, albo sprzątaczkę lub ogrodnika, itd.

Pierwszy ciepły i towarzyski. Drugi to odludek do tego aspołeczny. Pierwszy rodzinny, drugi nie rozumie o co chodzi w ogóle w bliskości wobec rodziny.

Do pierwszego mam słabość id kilkunastu lat. Właściwie to go kocham tak jak i drugiego i nie mówcie, że nie można kochać dwóch mężczyzn. Można. Trzech pewnie też. Każdego z nich za coś innego. Nie potrafię wybrać. Od lat. 

Pierwszy potrafi dać mi porcję wolności bo sam ma swoje aktywności jak siatkówka czy spotkania. Drugi chce mnie zaanektować tylko dla siebie.

Po tygodniu z pierwszym jestem sfrustrowana bliskością fizyczną, cielesną, bo to zupełnie nie to co lubię. Po tygodniu z drugim jestem sfrustrowana jest egoizmem.

Może jest tak jak mówi moja przyjaciółka - za kilka, kilkanaście lat seks nie będzie ważny...

Może powinnam szukać jeszcze kogoś innego? Tylko czy mam na to siły?