poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Reformy edukacji

Czytam regularnie blog Doroty z którym możecie zapoznać się TUTAJ. Dorotka jest nauczycielką i czasami opisuje niuanse swojej pracy. Coś tam się słyszało o rewolucjiw  edukacji, o reformach. Traf chciał, że akurat na samym początku reform miałam praktyki w szkole. Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy, wiadomo człowiek młody i głupi, nie dostrzegałam też głębszego sensu w tym wszystkim co się działo w szkołach.

Zupełnie nie ogarniam jak to możliwe, że praktycznie wszyscy ludzie z którymi chodziłam do podstawówki, wyrośli na dojrzałych obywateli. W pierwszej i drugiej klasie siedzieliśmy w salach z małymi stoliczkami. Mieliśmy wspaniałą wychowawczynię, która miała w sobie ogromny spokój i cierpliwość. Przerywała lekcje gimnastyką, chwaliła nas za opowieści choć nie zawsze związane z tematem lekcji. Uczyła dobrych manier, pilnowała żeby każdy z nas zjadł drugie śniadanie. Niektórzy z rodziców nazywali ją starą komunistką. Nigdy jednak tak o niej nie będę myśleć, bo była wspaniałą nauczycielką. Z ogromny wyczuciem, o wyważonych osądach. Broniła nasza klasę bo nie byliśmy najgrzeczniejsi. Byliśmy JEJ uczniami! w trzeciej klasie zmienił się nam wychowawca i nauczyciel nauczania początkowego. Przenieśliśmy się do innej sali, z większymi ławkami. Nauczycielka była młoda, miała z nami pięć światów, ale dawała radę. Niezwykle empatyczna, wrażliwa, ale też nie dała nam zrobić krzywdy.

Od czwartej klasy dostaliśmy dość surową wychowawczynie. Była surowa dla nas, ale broniła swoich uczniów tak długo jak widziała, że samemu uczniowi zależy. Miała stado 36 urwisów, ale wszyscy ją szanowali. Nigdy nikt jej nie zwyzywał, nikt nie obraził. Nikt nie miał odwagi traktować jej jak koleżanki.

Dlaczego o tym piszę? Bo gdy miałam praktyki w szkole, uczniowie traktowali nauczycieli jak kumpli. Pokój nauczycielski zamykany na stalowe antywłamaniowe drzwi i zamek kodowany. Nauczyciele sparaliżowani i terroryzowani przez elitę. Bo gimnazjum o którym piszę było i jest, jednym z najlepszych, najbardziej elitarnych w Warszawie. Gimnazjaliści po pierwszy dniu praktyk podeszli do mnie i powiedzieli, że gdybym potrzebowała radio do samochodu albo jakiś telefon komórkowy, to żebym powiedziała to mi załatwią. Gimnazjalistki każdy dzień zaczynały od oglądania sobie metek przy ubraniach. Gdyby w mojej podstawówce ktoś się zachowywał w taki sposób to nauczyciel natychmiast by reagował. Nie mówiąc o tym, że klasa nie pozwalała na to by ktoś zadzierał nosa poprzez awans ekonomiczny rodziców. W renomowanym gimnazjum, nauczyciel zaraz po dzwonku biegiem opuszcza pracownię. Uczniowie nie mają mozliwość podejść do nauczyciela, porozmawiac o swoich spostrzeżeniach, problemach.

w mojej podstawówce normą było, że na przerwie się rozmawiało z nauczycielami. A nauczyciele nas inspirowali. Pożyczali swoje książki, pokazywali preparaty na które nie było miejsca na lekcjach. Wyciągali niesamowite mapy z dziwnymi jak dla nas opisami. Najlepiej o nauczycielach świadczy to, że już w szkole podstawowej wiedziałam, że będę studiować geografię. W liceum byłam swego rodzaju encyklopedią geograficzną, co irytowało nauczycielkę, która się nie przykładała specjalnie do przygotowania do lekcji. A ja, młoda gniewna jej przygadywałam bo w niektórych tematach miałam dokładniejsza wiedzę niż ona. Teraz wiem, jakie to było szczeniackie zachowanie, z drugiej strony jednak budowałam wiarę w siebie, a koleżanki i koledzy doceniali i podziwiali mnie z powodu mojej rozległej wiedzy.

W podstawówce cała moja klasa uczyła się na przyzwoitym, a nawet dobrym poziomie. Poziom był wysoki, ale przede wszystkim cieszyliśmy się na niektóre lekcje. Oczywiście to zasługa nauczycieli geografii, biologii, plastyki. Byli tez tacy nauczyciele, którzy nas całkowicie zniechęcili na przykład do fizyki. Trafiając do renomowanego warszawskiego liceum przeżyłam szok. Na kilkudziesięciu nauczycieli których tam poznałam, raptem niewielka grupka, policzalna na palcach jednej dłoni, potrafiła nas zachęcić do zgłębiania wiedzy. Pozostali nauczyciele traktowali nas jak sposób na dotrwanie do emerytury. Byliśmy złem koniecznym. Niestety ich podejście do nas przekładało się na brak szacunku do nich. I tak jak zawsze lubiłam matematykę, czułam się niczym zdobywca szczytów, gdy rozwiązywałam trudne zadania. Tak nauczycielka w liceum całkowicie mnie zniechęciła. Nie miała podejścia do nas, młodych ludzi w trudnym okresie dorastania. Nie miała też daru przekazywania wiedzy. Doświadczyłam osobiście jej niechęci i jak to podsumował któregoś razu mój ojciec: rób wszystko bym się musiał się więcej z tą kretynką spotykać.
Na złość ten nauczycielce zdałam maturę z matematyki na 4,5.

Miło powspominać czasy szkolne, jednak zwłaszcza te wczesnoszkolne. Kupowanie książek od poprzednich roczników. Zielone szkoły. Wuefy na korytarzu. Zjeżdżanie na tyłku po schodach. A przede wszystkim nauczycieli zaangażowanych w nauczenie nas myślenia, samodzielności... mam nadzieję, że kiedyś ktoś tak zaplanuje reformy edukacji, że te czasy wrócą!

1 komentarz:

  1. I łezka się zakręciła, kiedy przeczytałam, co napisałaś. Już chyba te czasy nie wrócą. Będą nowe, już są nowe. Tylko mnie coraz trudniej się w nich odnaleźć. Zawsze myślałam że w szkole jestem dla dzieci... teraz czasami okazuje się,że dzieci przeszkadzają mi w pracy, hi, hi, hi... to ci czasy dla szkoły nadeszły!
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń