poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rowerowe wyzwanie

Jestem nawiedzona. Jak sobie coś wymyślę, to nie ma siły. Będę kombinować jak zrealizować dany pomysł i jeśli mi nie przejdzie nawiedzenie, to przystąpię do wdrożenia idei. Tak było i tym razem. W piątek postanowiłam pojechać z rowerem na działkę do rodziców. W sobotę wpadłam na pomysł, żeby pojechać rowerem. I tak zrobiłam. Mama jeszcze chciała żeby im ziemniaków przywieźć, ale się wyłgałam. Oczywiście obraziła się nieco, ale trudno. Wyspałam się i o 10:30 pomykałam już rowerem. Słoneczko świeciło, ale było rześko. Myknęłam przez Bemowo przez las, potem przez Laski i do trasy gdańskiej. Przemknęłam przez trasę do Łomianek i tam przez Cząstkowy i inne niewielkie miejscowości do Czosnowa. Stamtąd na most na Wiśle, potem przez Narew i minęłam boczkiem Nowy Dwór Mazowiecki. I tu miałam pierwszy kryzys. Był tak potworny tłum rowerzystów, że szlag mnie trafiał. Co chwila zwalnianie bo wiadomo, najlepiej jest zatrzymać się na środku ścieżki rowerowej. Traciłam więc swoje komfortowe tempo. Prędkość oscylowała od 30 km/h na równym asfalcie do 25 km/h na drogach nierównych i dziurach, a do  tego krętych i pagórkowatych. Takie drogi zaczęły się za Pomiechówkiem. Postanowiłam pojechać [prawym brzegiem Wkry i to był błąd. Jak się później dowiedziałam, drogę przez Goławice wyremontowano jakiś czas temu i choć jest mocno pagórkowata, to jednak równa. A tu przez Śniadowo i Szczypiorno było makabrycznie. Nierówno co odbiło się na moich nadgarstkach. Na tym etapie zaliczyłam drugi zjazd. Usiadłam w cieniu na poboczu, skonsumowałam pierniczki, popiłam i percepcja mi się znacznie poprawiła. wstałam z trawy i prowadziłam rower poboczem, czekając aż przejadą samochody i wtedy stało się to czego się zupełnie nie spodziewałam. Wpadłam w mały dołek. Traf chciał że oczywiście moją lewą felerną stopą po rekonstrukcjach. Ból jaki poczułam był tak obezwładniający, że zrobiło mi się słabo. Zakręciło w głowie, zlał mnie pot i poczułam, że świat wiruje. Odrzuciłam rower i usiadłam na trawie. Na moment się położyłam, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. W myślach rzucałam najgorszymi inwektywami pod adresem tej parszywej dziury w ziemi. Gdy trochę doszłam do siebie, zarzuciłam stopę na kierownicę rowera i gadałam do niej: "Tylko nie puchnij, tylko nie puchnij!". Nie do końca mnie słuchała, zaczęła lekko puchnąć. Pulsujący i rwący ból nie odpuszczał. Zaczęłam rozważać telefon do taty, żeby przyjechał po mnie i rower. Jednak to była ostatecznośc. Jak to, trasa miała mnie pokonać na ostatnich 10 km? Po kolejnych kilku minutach wstałam i trzymając się roweru przeszłam kawałek. Stopa bolała, ale stwierdziłam, że dam radę. Wsiadłam na rower i mocniej pedałując prawą nogą dojechałam na działkę rodziców.

Spodziewali się mojego czerwonego gokarta a tu cyk, furtka się otwiera i wchodzę ja. Zziajana nieco, zapocona, ale zadowolona. Bo dokonałam tego. Przejechałam 55 km w niecałe 3 godziny (wliczając w to przerwy). Przywiozłam ciasto i uśmiałam się, gdy patrzyli na to wszystko zdziwieni. Oczywiście chwile po przywitaniu się, wsadziłam stopę do wiadra z lodowatą wodą i opuchlizna zeszła. Nawet mnie ta noga nie bolała jakoś bardzo, za to wieczorem już po powrocie... w nocy obudziłam się z bólu. I dziś boli nadal. Nie daję się jednak. Było super!

A już najbardziej napędzało mnie to, jak inni ludzie wokół mnie twierdzili, że nie dam rady. Nie dojade, żebym sobie dała spokój i odpuściła.

Dzisiaj oprócz bolącej nogi i jednego nadgarstka jest luzik. Ani łydki, ani uda nie bolą. Trochę może plecy od pozycji na rowerze a przede wszystkim od dość ciężkiego plecaka. Jestem hardkorem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz