czwartek, 26 września 2013

Wakacje, wakacje i po wakacjach

I stało się. Mój urlop się skończył. 24 września wróciłam do domu i cieszyłam się, bo wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Tym bardziej, że przez ostatnie dwa dni z nieba waliło żabami.

Najpierw tydzień na Mazurach pilnując obiektu pod nieobecność pracowników. Po trzech dniach samotności zaprosiłam sobie gości i było bardzo, bardzo miło. Koleżanka została na kolejne kilka dni i to był ciężki czas. Uczyłam ją jeździć konno, a bardzo ciężko jest uczyć osobę, która musi każda uwagę skwitować, podsumować, wyjaśnić, wytłumaczyć. Do tego musiałam wziąć poprawkę, że to osoba niespecjalnie sprawna fizycznie, więc postępy były bardzo wolne. Wolniejsze, gdyż walczyłam każdego dnia na miecze z brakiem przekonania do koni i ogólnej koncepcji jazdy konnej. To była niezwykła lekcja cierpliwości dla mnie. Momentami chciałam zakląć soczyście, żeby kursantka przestała dyskutować, tylko się ogarnęła. W końcu jednak coś się odetkało, otworzyła się klapka w głowie koleżanki i przekonała się, że nie taki koń straszny.

Potem wyjazd nad morze na galopy po plaży. Oprócz nas dwóch, dojechało tam jeszcze małe stadko 4 osób dorosłych + rozkoszny 1,5 roczny chłopiec.

Nie jestem w stanie znieść narzekania, nakręcania się. Rozumiem, że można powiedzieć raz czy drugi, że coś się partoli w życiu, ale przez 4 dni to lekka przesada. Ponadto, wrąbałam się w rolę kierownika wycieczki chociaż starałam się uniknąć tego jak zapalenia pęcherza. Niestety nie udało się i nie było dnia, żebym musiała decydować o sprawach o których nawet nie chciałam myśleć. Grunt, że coraz lepiej mi wychodzi przełączanie się w stan stand-by. Niby jestem i wiadomo, że w każdej chwili można mnie zapytać czy poprosić o pomoc, jednak byłam w stanie relaksu. momentami nawet głębokiego relaksu. Plaża, wino, wiatr, konie, galopy.

W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody przekonałam się, kto się nadaje jako towarzysz wyjazdów, a kto jest jak ryba i po trzech dniach zaczyna śmierdzieć. Chwilami żałowałam, że nie pojechałam sama jak zwykle. Momentami cieszyłam się, że jestem z grupą znajomych. Następnym razem jednak, ustawię na środku domu wielki słój. Za każde narzekanie, osobnik będzie w obowiązku wrzucić 5 PLN do słoja. Gdyby tak było tym razem, to bym uzbierała całkiem przyzwoita kwotę i mogłabym kontemplować ich problemy w okolicznościach śródziemnomorskiej przyrody popijając drinki z parasolką.

Na dniach napisze o tym, jak wiedza może stać się przekleństwem.

I tak na marginesie, widziałam się z obiektem moich westchnień. To niezwykły, fantastyczny mężczyzna. Ustala się wzorzec do którego będzie równany szereg.

1 komentarz:

  1. Zobacz, zobacz, jak to podróże kształcą. Nawet ludzi się poznaje.
    Podoba mi się Twoje podejście do tej sytuacji. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń